Już dawno tu nic nie pisałem, po części dlatego, że przez 7 dni byłem na spływie kajakowym :D. Miało to miejsce na rzece Obrze i było organizowane przez zakon franciszkanów. Płynął z nami Ojciec Alan, Brat Mariusz oraz Brat Aleksy. Spływ rozpoczynaliśmy w
Kopanicy (jak się okazało po powrocie mieszka tam ciocia mojego taty :P) i spływaliśmy do
Międzyrzecza (a dokładniej do miejscowości św. Wojciech) gdzie owa przygoda się zakończyła w strugach deszczu :/.
Muszę przyznać, że taki spływ to ciekawe przeżycie :D. Można się wiele nauczyć, przeżyć, pooglądać krajobrazy, a co według mnie najważniejsze zawrzeć nowe znajomości :). Przy okazji można też pochodzić w mokrych ciuchach, rozpalać ognisko w deszczu, gotować nad ogniem, zjarać sobie nos, opalić plecy w ciekawy wzorek :D, oraz dowiedzieć się co znaczy Hakuna Matata. Właśnie zmieniłem tytuł bloga na Hakuna Matata, a poprzedni stał się podtytułem :D. Umyślnie nie piszę co to znaczy :> jak ktoś będzie chciał, to się dowie ;)
Tutaj są zdjęcia z owego wypadu :> Poniżej mogą się znaleźć jakieś odniesienia do tych fotek.Gdy przybyliśmy do
Kopanicy (23.07.07) już zmierzchało. Ojciec Alan zatrzymał busa którym podróżowaliśmy przy pierwszym domu jaki napotkaliśmy po przekroczeniu rzeki (czyli zaraz za mostem). Poszedł zapytać, czy moglibyśmy się rozbić na łące należącej do gospodarzy. Oczywiście się zgodzili więc się rozbiliśmy :D. Każdy się gdzieś tam krzątał, przygotowywał spanie, coś tam jadł i w międzyczasie docierali do nas kolejni uczestnicy. Coś tam (a właściwie Krokodyliki (jakieś takie chipsy) zjedliśmy wspólnie i poszliśmy spać :>.
Rano (24.07.07) przybyli kolejni kajakarze. Ojciec Alan, Joanna :), i Jacek pojechali po kajaki a reszta udała się nad jaz (czyli taką jakby śluzę) gdzie urządziliśmy śniadanko i oczekiwaliśmy (długo, długo) na przyjazd naszych łódek :P. Rozbijaliśmy się, nudziliśmy się, poznawaliśmy aż wreszcie zauważyliśmy auto :D JEAH ! Jak się okazało pan przyjechał na ryby :|. No to czekamy dalej... czekamy... i wreszcie przyjechali :>. Kajaki były przyzwoite (jako, że to był mój pierwszy spływ nie mogę się na ten temat szerzej wypowiedzieć). Z opinii współtowarzyszy dowiedziałem się, że mogły być lepsze gdyż nie posiadały osobnych przedziałów bagażowych i innych udogodnień. Ojciec Alan oficjalnie otworzył spływ, powiedział co, jak i dlaczego no i zaczęliśmy się pakować.
Pierwszy odcinek był króciutki i miał pozwolić zaznajomić się z kajakami jako, że dla niektórych był to "dziewiczy rejs" takim środkiem transportu a inni nie umieli pływać :] (ale już umieją :D).
Pierwsze pole campingowe było całkiem niezłe, choć przywitało nas deszczykiem :]. Rozbiliśmy namioty, zabraliśmy się za robienie jedzonka, co poniektórzy zdecydowali się zamoczyć a inni krzątali się tu i tam.
Gdy zaczęło zmierzchać udaliśmy się na mszę która odbyła się w kapliczce (zdjęcia) znajdującej się w potężnym obozie harcerskim który znajdował się nieopodal. Później śpiewanie, jakieś tam jeszcze jedzonko, rozmowy i spać :]
Tak końca dobiegł dzień pierwszy który wiele nauczył :> np. że kubek powinien być w rzeczach podręcznych w kajaku :]
Wiecie co ? nie chce mi się dalej tego opisywać :P tzn jakoś tak weny nie mam ;>.
Dnia (25.07.07) [pisząc tą datę uświadomiłem sobie, że na tym wypadzie w ogóle nie obchodził mnie mijający czas :> nie wiedziałem która jest godzina i w sumie musiałem się dłużej zastanowić nad tym jaki mamy dzień :D i to takie przyjemne dość było i beztroskie] płynąłem z Edi (czyli Edytą, Edytką, Edit ;P) i tego też dnia płynęliśmy po takim dużym jeziorze (
Zbąszyńskim) i były takie duże fale i tak ciekawie się płynęło i Edi śpiewała piosnki z Króla Lwa i inne i w ogóle :D
Tego też dnia nielegalnie rozbiliśmy się na czyimś kawałku ziemi bo w przewodniku były 2 campingi po drodze a tak na prawdę ich nie było :/. Brat Aleksy i Aleks popłynęli po wodę pitną (bo się skończyła) a wrócili ze smalcem, ogórkami kiszonymi, ok 10 kg ziemniaków i mlekiem :> Dostali to od ludzi, za darmo :) Dziewczyny nasze zrobiły jedzonko czyli makaron, szynka jakaś, kukurydza, groszek, i coś tam jeszcze do jednego garnka wymieszać, dodać sosu z torebki i gotowe :D Ale smaczne było :)
Następny (26.07.07) dzionek rozpoczęliśmy mszą i w drogę ! Ten dzień był najcieplejszy z całej naszej podróży i pewnie tego dnia zjarałem sobie nos (tak fest) i opaliłem plecy tak dziwnie ;P Jeżeli się nie mylę to od tego też dnia zaczęły się powalone drzewa na rzece i manewrowanie :) to urozmaiciło trochę monotonną wcześniej podróż. Trzeba było się przeciskać, ciasno zakręcać, schylać, omijać itd. Przytrafiło się również jeziorko które dla odmiany zamiast koloru zielonego (jak woda wcześniej) miało kolor brązowy. Po drugiej stronie jeziora znajdował się wypasiony Camping, wreszcie z prysznicami i wychodkami z prawdziwego zdarzenia. Był też świetny zadaszony grill oraz boisko do siaty. To wszystko sprawiło, że Ojciec Alan postanowił, że zostaniemy tu jeden dzień dłużej (świetna decyzja!). Tego jeszcze dnia zjedliśmy grillowane kiełbaski i różne takie :). Wydaje mi się również, że bardziej zgrałem się tu z ekipą z Wieszowy i śląsk zaczął tak bardziej wpływać na resztę grupy, szczególnie jeżeli chodzi o sposób mówienia :D
Jakoś tak ze zmierzchem poszliśmy z Markiem i Marcinem sobie skoczyć z dużego mola jakie było na jeziorku. Molo było z takich pływających segmentów. Wzięliśmy solidny rozbieg. Biegniemy, biegniemy, już jest niemal koniec i ostatni segment pod naciskiem 3 chopa tak się podniósł i niemal wyrżnęliśmy tam :D. Później tak obrócić kajak pod wodą (wiecie jak :P) zapomniałem jak to się fachowo nazywało. Niestety nie udało :> za mały zamach wzięliśmy i za mało skoordynowaliśmy ruchy :> Może miało znaczenie też to, że na kajaku były wtedy 4 osoby.
27.07.07 był dzionkiem rozrywki, a dla niektórych lenistwa i obijactwa :] Rozegraliśmy 2 mecze siatkówki :] oraz 2 mecze "2 ogni", byliśmy też na "mieście" (na mszy w kościele która jeżeli dobrze pamiętam trwała 23 czy 28min - aleks sprawdził). W "mieście" kupiłem też paluszki w celu zorganizowania zakładu 10 paluszków w 30 sekund (dla nie wtajemniczonych zakład polega na zjedzeniu 10 zwykłych słonych paluszków w 30 sekund bez popijania :>). Jedzeniem zajmowali się tzw. "brązowi" czyli franciszkanie którym asystowały dziewczyny :]. Jedliśmy takie smażone kartofle pokrojone w plastry. Z Markiem, Marcinem i Maćkiem (:D) zcieliśmy suche drzewo (w sumie takie nie za duże :P) i jedne złamaliśmy (też uschnięte) czemu sprzeciwiał się Rafał - ekolog się znalazł :| (większość ludzi którzy mnie znają wie, że jestem za ochroną środowiska ale kurde bez przesady :| całkowicie uschnięte drzewa można wyciąć imo)
Odwiedziły nas również 2 znajome franciszkanów i niektórych ludzi ze spływu.
W sobotę (28.07.07) również nie udało się znaleźć Campingu z prawdziwego zdarzenia więc zatrzymaliśmy się u miłych państwa którzy użyczyli nam swojego ogródka. Ojciec Alan nie zdradził, że jest księdzem a i tak zostaliśmy ciepło przyjęci. Rozbiliśmy się bardzo ciasno, zaczęliśmy robić jedzenie i jak zwykle powstał niesamowity bałagan który jednak uprzątneliśmy gdy się wynosiliśmy :). Była tu też niezła akcja :] Gdy br. Mariusz był obok kajaków (pod mostem, bo tam wyciągaliśmy je na brzeg) to ktoś zauważył, że jakaś grupka wyrostków tam podbija do niego i zawołał. Akurat Ja i Marek ciupaliśmy sobie drewno no to wołamy resztę facetów i idziemy na czele z 2 siekierami w dłoniach :D No i chopoki albo wymiękli albo faktycznie nie mieli złych zamiarów (z tego co mówił później br. Mariusz to ich nastawienie było średnio przyjemne gdy nas nie było). Pogadaliśmy chwilę z nimi umówiliśmy się na mecz który w końcu się nie odbył i poszli sobie :P. Dzień zakończyliśmy mszą i jedzonkiem.
29.07.07 to wyjątkowo paskudna pogoda :/ Niemal cały dzień lało :| Rozpoczęliśmy mszą w lokalnym kościele. Na tej mszy nasi gospodarze dowiedzieli się, że o. Alan jest księdzem :D i po mszy powiedzieli, że mógł powiedzieć, że jakoś inaczej by nas przyjęli i w ogóle :D eh. Tego dnia również odkryłem, że nie ma co dokładnie zaklejać dziur w kajakach (tych przez które się wchodzi i wkłada rzeczy) folią a wystarczy przymocować worek na śmieci w jednym tylko miejscu a mianowicie z przodu wejścia i zasłonić wejście workiem i nie potrzeba taśm z boków! To najbardziej praktyczna metoda. Droga w deszczu niestety trochę się zaczęła dłużyć, szczególnie, że nasz cel miał być zaraz za
Międzyrzeczem :> a okazało się, że jest trochę za tym miastem. W końcu dopłynęliśmy. Po wyciągnięciu naszych jachtów :] rozbiliśmy namioty w deszczu, większość robiła to pod foliami które trzymali inni a ja z moją (a właściwie br. Mariusza) bojową jedynką dałem sobie radę bez bo ten namiot można rozłożyć bardzo szybko i razem z tropikiem. Brat Mariusz i bodaj Marcin rozpalili jakoś ogień i postawili wodę :] Warunki nie pozwalały na zrobienie większego posiłku więc o. Alan znów podjął właściwą decyzję i udaliśmy się wszyscy na Pizze do miasteczka. Oczywiście zanim to nastąpiło duszpasterski bus zdążył się zakopać i musiał nas wyciągnąć pan od kajaków który przyjechał nas przywitać :].
Gdy 22 przemoczone, wątpliwie pachnące i wyglądające osoby wbiły do pizzeri zrobiły niezłe zamieszanie :D Zajęliśmy wszystkie wolne miejsca i złożyliśmy potężne zamówienie na 22 pizze :D więc chyba właściciele/obsługa nie miała na co narzekać. Po bardzo sytym posiłku (chyba skurczyły nam się żołądki) udaliśmy się w 2 turach w podróż powrotną :] Jechałęm 2 gą turą która miała okazje ponownie zakopać busa. Był środek nocy, las i błoto do połowy goleni :D przez ok 20 min chłopy walczyły z busem i próbowaliśmy wypchnąć go na jakąś sensowną drogę :> ale nie było szans :/ (jak się później okazało słusznie. Następnego dnia przy wyciąganiu busa zakopały się 2 jeepy z 4x4 i wszystko musiał wyciągnąć spych na gąsiennicach :P) Powróciliśmy do obozowiska pieszo :D (na zdjęciach widać w jakim błocie i w jak brudni). W nocy ku niepocieszeniu jednej osoby się pośmialiśmy i wreszcie poszliśmy spać.
30.07.07 Zaczął się właściwie w lesie w nocy i w błocie :D gdzie zaśpiewaliśmy Joannie :* sto lat jako, że miała w tymże dniu urodzinki :> Gdy wyjrzałem z namiotu - pogodne niebo. Dosłownie dziesięć minut później - deszcz :/. Dokonaliśmy szybkiej ewakuacji i sprzątania w popłochu co trwało ok 1,5h :P (przez jakieś 30 min próbowaliśmy rozpalić ognisko - Bóg wie po co :P - w końcu się udało ale ognisko do niczego sie nie przydało :( (rym :P). Nasza podróż do domu rozpoczęła się od informacji, że stacja jest zamknięta i jest komunikacja zastępcza w postaci autobusu :| Gdy czekaliśmy podjechał jakiś inny PKS który jechał przez Wrocław. Nie było nad czym się zastanawiać wbiliśmy i autobusem dostaliśmy się do Wrocka skąd pociągiem do Gliwic. Po mnie, Joannę i Karola przyjechał tata Karola który dostał mandat za złe parkowanie :/ Eh gdyby pociąg przyjechał punktualnie... :/
Tak to się skończyła nasza kajakowa przygoda. Bardzo bardzo mi się podobało :> Piękna była beztroska, nieświadomość czasu, godziny a czasem nawet dni. Nowe znajomości z wspaniałymi ludźmi, błogie zmęczenie, ruch, krajobrazy, nowe doświadczenia, ograniczona dostępność jedzenia ;P. Absolutny wypas !
Ah zapomniałem jeszcze dodać, że ostatniej nocy zawilgotniał mi telefon :/ i się popsuł (motorola sux !) Dziś, gdy byłem w salonie w którym go kupiłem anulowali mi gwarancje bo - uwaga - miałem zdjętego sim-locka ! ABSURD ! Mówię babce "Proszę mi pokazać, gdzie w gwarancji jest to napisane ? Albo w jakimkolwiek innym dokumencie" Babka zrobiła wielkie oczy i poczęła studiować regulamin gwarancji, gdy skończyła, zadzwoniła do kogoś z orange, kto też najwyraźniej nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. W końcu zadzwoniła do servisu motoroli, gdzie uzyskała jakąś niewiarygodnie pokrętną odpowiedź :/ skończyło się na tym, że gwarancja jest anulowana a ja naprawiam telefon prywatnie :| Gość w servisie powiedział, że miałem racje i mogłem się udać do rzecznika praw konsumenta, bo nigdzie wcześniej nie zostałem poinformowany o tym, że ściągnięcie simlocka pociąga za sobą unieważnienie gwarancji. Powiedział niestety też, że nawet, gdybym odesłał telefon to i tak by mi go nie zrobili, bo napisali by, że to wina użytkownika - zamoczenie telefonu ! FEST ! Motorola to szmelc !
Finito :P
Rey