wtorek, 30 grudnia 2008

Diabelska baba w śnieżnym niebie

Zgodnie z pewną koncepcją przedstawioną przez uczestnika tej wyprawy, powinienem nic nie pisać. Przynajmniej nie pisać o tym jak było ładnie i dlaczego. Nie mogę wam jednak poczynić takiego zła :] Nie pozwala mi na to moje dobrodziejstwo :)
(Zgłębianie owej koncepcji jest niewskazane na zbyt późną porę jaką wykorzystuję do pisania. Samo zagadnienie jest jednak warte uwagi :P)

Diabli nadali ją Babie. Całe w tym nasze szczęście, bo baba ta ją dobrze wykorzystała. Jeżeli Baba ta jest w humorze, to wdzięki jej nie znają granic. (co kiedyś udowodniłem :P - może ktoś skojarzy, mój jak zwykle daleki, skojarzeniowy tok myślenia). W zeszłą niedzielę mieliśmy to szczęście i dała się oglądać w niezwykłej jak na nią aurze. Była okryta, ale to też jak wiadomo bardzo jest pociągające.
Ukrywała się w bieli a nade sobą wielki różnobłękit miała.


Tymże razem nie było w niej Dziablakości ale sama Babiość. Zwarty dream-górski-team wyruszył na spotkanie z Babią Górą z wielkimi nadziejami. Posilał się myślą którą obiecywał ICM - że akurat przez ten jeden dzień, w tych konkretnych godzinach będzie bezchmurnie i wiać nie będzie. Nadzieje te spełniły się, a obietnice znalazły pokrycie.


Wyruszyliśmy w blasku słońca i bezchmurnym niebem. Szlak wiódł początkowo lasem co jakiś tylko czas przepuszczając kilka promieni słońca. To nam nie przeszkadzało bo las oferował inne atrakcyjne bodźce wzrokowe.


Wszystko pokryte śniegiem, większość szczelnie i o dziwo trwale. Dziw brał się stąd, że potrącenie gałązki iglaka nie skutkowało natychmiastową burzą śnieżną... Zmarzły był on ten śnieg.
Sokoły są piękne. Stąd zapewne Sokolica piękna jest również. Ona przywitała nas przestrzenią, bajecznymi widokami.


Dalej drzew już coraz było mniej. Ostały się kosodrzewiny po których przyszło nam teraz chodzić. Tak wiem, że są chronione ale stały na naszej drodze! No dobra :P były po prostu pod śniegiem :> Więc stąpaliśmy de facto po nich.
Później było już tylko lepiej, niesamowite formy śnieżne ustanowione przez wiatr a na szkielecie drzew i wszelkich innych obiektów wystających. Powstałe lasy i zgromadzenia przedziwnych istot śniegowych które obserwowały nas podczas "wspinaczki". Na szczęście armia ta nas nie zaatakowała i pozwoliła zdobyć Diablaka. I tak spotkaliśmy wiedźmę która chyba nie zdążyła wrócić z sabatu... Może zepsuła się miotła :]

Nawet Tatry na nas patrzały. Miałem wrażenie, że z zazdrością.
Szczyt był oczywiście okupowany :) Ale i nam udało się znaleźć kawałek nieba dla siebie. Początkowo chcieliśmy zostać do zachodu słońca :] Po chwili oczekiwania okazało się, że mogło by to być doświadczenie zabójczo piękne :D Dlatego zachowując w pamięci ile się tylko dało poczęliśmy schodzić.

Każda kolejna wyprawa przebija poprzednią :) Oby tak dalej... W końcu zazdrosne Tatry czekają.

To ja wam jeszcze pokażę co mi się udało trochę. Naprawdę się staram... co by być skromniejszym:P

Za kratkami.
Hodowla.
Suchy lód.
Spłonęła śniegiem.


"Mieszkam z obcym aparatem pod jednym dachem"


Fotogaleria.

Rey

piątek, 26 grudnia 2008

retro spec TYw

Turbacz się nazywa, góra zdobyta, zimowo, przez nas. Pierwsza to była eskapada ma zimową porą. Czas wcześniejszy nie był widocznie dobrym czasem ale złym czasem, na wyjście takie. Nie do końca teraźniejszy czas, bo tak jak w tytule napisałem - retro - był dobrym czasem na takie wyjście więc dokonało się ono.


Nie fajnie się to zapewne czytało :D Dobrnąłeś nietani czytelniku dotąd aż, więc postaram się przekazać Ci dalszą część posta w nieco uprostszym języku.

Było więc tak. Wyśmienita ekipa himalaistów i wspinaczy wysokogórskich :D postanowiła wybrać się na niezły wspin na pagórki zwane Gorcami. Jednym z tych pagórków na który mieliśmy się wspinać był Turbacz. I tam też ostatecznie skończyliśmy, wbrew planom.


Wspin był udaną wyprawą. Pogoda była przecud, piękny śnieg przykrywał wszystko. Tak sobie szliśmy w tym pięknym śniegu i podziwialiśmy krajobrazy. W ogóle to był to dzień z tzw. obsuwą. Bo i komuś tam się zdarzyło zaspać troszkę, później kremówki papieskie które nie smakowały jakoś niebiańsko i tak się złożyło, że po dotarciu na Turbacz podjęliśmy ciężką decyzję o pozostaniu w Turbaczowym schronie. Trochę to było nie tak jak miało być ale wyjście na szlak w ciemnościach w niepewną pogodę i śnieg było troche ryzykowne. WYBOROWo :] postanowiliśmy więc pozostać w schornisku. Dzień następny też nie był tak udany jak zakładał plan A. Nie będę się o tym rozpisywał bo i po co?

Tak było, więc zostaliśmy.

W każdym razie było ekstrawagancko!

Pozdrawiam szalonych wspinaczy Justynę, Paukę, Krzysia i Przemka!
W ogóle to pocieszny jest ten nasz dream--górski-team :D I Cieszę się, że istnieje i myślę sobie, że trzeba go jakoś ochrzcić i nawet wiem kiedy :D


Cytując nie wiedzieć kogo za kimś:
"Niech martwią się cwaniacy, o naiwnych zatroszczy się Bóg"

Fotogaleria.

P.S.
Ja to mam jednak pamięć! Znów mi się w ostatniej chwili przypomniało :D retro w tytule jest dlatego, że wyprawa miała miejsce 20 i 21 grudnia roku 2008. :P A jak przyjechałem to miałem lenia i nie chciało mi się pisać o niej :P

P.S.2.
Bo cytat jest dla mnie o mnie :] Która część jest o mnie zapewne się domyślicie :D NG na pewno się domyśli (lol2)

środa, 24 grudnia 2008

Radosnych Świąt

No bo nie napiszę przecież wesołych, bo to takie oklepane jest. :D Należało by mi oczywiście złożyć w tym miejscu szerokie i szczere życzenia z okazji świąt. Skupmy się jednak na "szczere" :)

Chciałbym Wam, drodzy czytelnicy życzyć świąt tak wesołych jak i radosnych. Rodzinnej ciepłej atmosfery. Magicznego klimatu pod choinką. Ogromnych ilości stale dopisującego zdrowia. Co by się marzenia spełniły a święta były spokojne i wypoczynkowe.
Cieszcie się i radujcie w sylwestra i przez nadchodzący rok dwatysiącedziewiąty.

Pozdro od Rey`a :)

PS.
Kobitkom :*
Pozostałym :D

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Bali się śnić

I to dosłownie. Ale od początku.

Śnić każy może jedni lepiej jedni gorzej.



To teraz dlaczego nikt się nie bał ale śnił. Więc jest taka organizacja która nazywa się IPSF czyli International Pharmaceutical Students' Federation. I ta organizacja rokrocznie organizuje kongresy. Nie dowiedziałem się jeszcze dokładnie co tam się dokładnie dzieje i jaki to ma cel. Nie to jest jednak najważniejsze. Najważniejsze jest miejsce w którym się przyszłoroczny kongres odbywać będzie. O tym miejscu można śnić. Nazywa się ono Bali. Tak, tak chodzi o indonezyjską wyspę Bali. Kongres kosztuje z tego co słyszałem 200 Euro. Znaczy sam koszt udziału... Innym problemem jest koszt dostania się na Bali. Jako że jest to wyspa można się na nią dostać drogą wodną lub powietrzną. O drodze wodnej z Polski nie słyszałem. Słyszałem natomiast o drodze powietrznej. Samolot na sierpień zamawiany dziś kosztował by mnie ok 4300zł. Dużo. Dla mnie bardzo dużo. Co z tym zrobić? Można nie jechać. Ale czy taka okazja jeszcze się powtórzy? Kongres ma podobno trwać 11 dni. Skoro jest międznarodowy i w ogóle taki duży itd to pewnie będzie w jakimś hotelu bądź nawet hotelach. Jedzenie i spanie będzie pewnie zapewnione. Podobno uczenia jest wstanie dofinansować kongres i opłacić jego koszt, ale za bilet na Bali już zapłacić nie chcą. Dlatego potrzebuję 4300zł na bilet na Bali. Jeżeli ktoś by chciał mnie wspomóc finansowo to proszę napisać w komentarzu imejl, odezwę się na pewno! :D


Myślę o tym do tego stopnia, że zamierzam jakiś kredyt wziąć czy pożyczkę czy nawet do pracy jakiejś iść. Niemniej jednak kasa jest spora więc mile widziane są darowizny (lol).

Przepotężnie wkurzyłem się dziś na moją uczelnie... Precyzując chodzi o katedrę TPL. To doprawdy niezwykła uczelnia. Naukowcy mają prawo do różnicy zdań na rozliczne problemy naukowe które stanowią pole ich zainteresowania, ale to co dzieje się tu przechodzi ludzkie pojęcia. Chyba każdy pracownik ma inne zdanie problemy podstawowe. To jedna sprawa. Druga sprawa to przedziwne zwyczaje praktykowane w tym magicznym miejscu. Wymienię kilka najciekawszych. Ksero 50gr za jedną stronę A4, jedną 'blady kurczak' stronę. Należy tu wykonywać recepty do użytku wewnętrznego w moździerzach bez wylewki nawet jeżeli robimy postać płynną. Pomijamy fakt, że wylanie tak przygotowanej mieszaniny z moździerza bez wylewki jest FEST trudne bez rozlewania przy okazji połowy leku. Podobno chodzi o to aby oddzielić moździerze do leków stosowanych zewnętrznie i wewnętrznie - co by nie przenosić jakichś zanieczyszczeń z leków stosowanych zew. do stosowania wewnętrznego. Zbita bagietka kosztuje 2 zł podczas gdy rzeczywisty koszt zakupu takiego utensylia wynosi ok 20gr... przy zakupie hurtowym będzie to pewnie jeszcze dużo mniejsza kwota. Człowiek na ćwiczeniach choć wykonuje daną postać leku po raz pierwszy musi wiedzieć wszystko, bo nie może się zapytać prowadzącego ćw. bo prowadzący sobie gdzieś poszedł i przychwycić go jest trudno.
Teraz najlepsze. Uczą nas, że postać kropli jest postacią bardzo wdzięczną gdyż bardzo dokładką pomimo to, że pacjent dawkuje ją sobie sam. Jest bardzo dokładna więc trzeba krople wykonywać bardzo dokładnie, unikać wszelkich strat i dlatego można stosować substancje bardzo silnie działające i narkotyczne czyli wykazy A i N. Krople są bardzo dokładną miarą bo kropla wielkość ma jednakową a co za tym idzie i objętość i zawartość substancji itd itd. Można więc stosować różne substancje, różne rozpuszczalniki i w prosty sposób przeliczyć ile w kropli tej substancji mamy. Co jest niezwykle ważne aby kropla miała jedną wielkość musi być odmierzana z przyrządu znormalizowanego. Taki "przyrząd" istnieje i nazywa się "kroplomierz znormalizowany". Odmierzając kroplę tego samego roztworu 2 różnymi ale kroplomierzami znormalizowanymi odmierzymy taką samą ilość substancji. I teraz puenta! Kiedy dostaniecie lek recepturowy w kropelkach to w aptece dadzą wam buteleczkę z jakimś kroplomierzem ale nie będzie to "kroplomierz znormalizowany" Więc czar precyzyjnie obliczonej przez farmaceutę dawki, skrzętnie wykonanej recepty i wdzięcznej postaci kropli rozbija się o wydanie nie takiego kroplomierza jak potrzeba. Czyli taką dawkę można sobie wsadzić a nie odmierzyć...

Ja się zastanowię jak dostanę kropelki z atropiną.


"Biały miś"
NG

Rey

wtorek, 9 grudnia 2008

i na MAX a

Taki to maksymalny dzień właśnie przeżywam. Maksymalne dawki dziś liczyłem i maksymalne wrażenia wzrokowe przeżywałem. Poprawiałem sobie dziś TPL`a dostałem fest prostą receptę Papawerynke i Fenobarbital, proszek, dla dziecka w razie bólu. Lekka i przyjemna ona była. Dlatego jestem przekonany, że zdałem. Co okaże się dopiero we wrześniu...

Co do tych wrażeń :> Maksymalne wrażenia dla chopa? Pewnie kobita conie? ;)

To wróćmy do tych wrażeń :D No więc byłęm dziś, zobaczyłem, zwyciężyłem w AJMAKSIE.

Oglądałem Mikołaj kontra bałwanek. Film jest z 2003 roku ale niech was jego niepozorny wiek nie zwiedzie.
Pierwszy to był raz mój w IMAX`ie i jestem pod dużym wrażeniem. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że zobaczę jakieś rewelacje, ale gruuuuubbo się myliłem... 3D o którym mowa jest na prawdę tak 3d, że nie wiem czy może być bardziej realne (jak na film).
Człowiek prosty taki jak ja ma wrażenie, że zaraz dotknie go to co się dzieje na ekranie Właściwie nie wiem czy można tu mówić o ekranie, raczej o przestrzeni.


Sam film. Hm... niezbyt głęboki, prosta fabuła, luźny klimat, żarty i żarciki, śmiechy, hihy, hahy i gag czasem się zdarzy. Dlaczego właściwie to? Bo wygrałem ów bilet :P Nie wiedziałem o jaką stawkę idzie gra ale gdy przeczytałem informacje o filmie to się ucieszyłem. Podobno jest to jeden z najlepszych filmów IMAX jaki powstał. Zbierał doskonałe recenzje a jego frekfencja należy do najwyższych.
Polecam.

Idę się uczyć na chemię leków ;)




P.S.

Byłem niedawno na koncercie Comy :P Może napiszę conieco jak będę miał chwilę ;P

P.S.2.
No i oniemal zapomniałem. Powstał dziś oto ten gość. Cynamon się on nazywa bo taki to materiał z niego. Wybaczcie koszmarną jakość...

"Dzieło", materiał i narzędzie.

"Przez pracę - dzień krótszy; przez lenistwo - życie."
Władysław Grzeszczyk

Rey

piątek, 5 grudnia 2008

Pan Harper

"Pewnego dnia, kiedy poznacie wszystkie moje tajemnice, nie będziecie chcieli mnie już znać"
Tak rzekła NG.

Siedzę sobie z Madziorkiem u NG i uczymy się biochemii. Stąd też tytuł dzisiejszego posta. NG właśnie stara się nam coś powiedzieć, ale ją olewamy i trochę się tu wkurza. Właśnie mówi, że mówi czasem sama do siebie.

Wracając do tytułu. Wszyscy którzy mieli styczność z niezwykle interesującym problemem jakim jest biochemia musieli sięgnąć do: Robert K. Murray, Daryl K. Granner, Peter A. Mayes, Victor W. Rodwell
BIOCHEMIA HARPERA
Czyli po prostu "Harpera" Nic w tym dziwnego. Książka ta jest najpopularniejszym podręcznikiem akademickim do tego przedmiotu. Wszystko było by ok gdyby nie HARPER! Na prawdę, pomijam już fakt, że jest napisana niestrawnie a czasem zawile. Zdarzają się braki czy jakieś zbędne (w moim skromnym uznaniu) pierdoły. Więc co jest takiego daremnego w tym harperze?
Otóż kim jest Harper? Nie jest rzadnym z autorów, i nie ma o nim słowa w przedmowie czy wstępie.

Ej one się uczą a mi się już tak fest przestało chcieć pisać notkę a przed chwilą mi się chciało fest :P Dziś będzie taka niemądra notka :] ale chyba przeżyjecie.

"Kuuurwa maćć, uczę się!" :D
Heh

"OH po lewej to jest L, ja to nigdy nie mogę zapamiętać"

Dobra pouczę się też bo właśnei poszła plota, że jest taka możliwosć, że będziemy mieć zajęcia z Lodzią...

Cytatów już jest dość jak na jedną notkę.

P.S.
UWAGA KONKURS!
Stawiam piwo człekowi który powie mi dlaczego Biochemia Harpera nazywa się Harpera. Jeżeli Harper był osobą to kim był? Kiedy żył? i czym sobie zasłużył na to, że jest na okładce?

EDIT
UWAGA UWAGA KONKURS ROZSTRZYGNIĘTY
Zagadka rozwiązana została :>
Otóż w moim wydaniu Pana Harpera nie odnotowano w przedmowie, że Pan Harper był istotą posiadającą stopień dr gdzieś tam w stanach :> Był on jedynym autorem Harpera przez 6 jego wydań, a później redaktorem. Stąd właśnie Biochemia Harpera nazywa się Biochemią Harpera:]
Przeczytałem to w późniejszym wydaniu tejże pozycji. O istnieniu takiego wpisu poinformowała mnie Dorota więc to ona jest laureatką piwa :P
Jeżeli nie zapomnę i będzie mi się chciało przytoczę kiedyś cytat w którym jest bardziej składnie napisane o co kaman z tym Harperem.
Pozdro

Rey, cytaty dzięki uprzejmości NG :]

środa, 3 grudnia 2008

Amfoteryczny pierwiastek świata

Bo nie chciałem pisać, że nie jest szary bo jest czarno-biały bo już to by monotonne było.

Dziś mam niezwykły dylemat, czy być złym czy nie być. No bo jak tu nie być złoczyńcą jak człowiek miał iść na koncert Comy i nagle nie idzie a w dodatku akurat TEN koncert by był wyjątkowy bo byli by różne znajomki. Z drugiej strony nu płyta Comy jest powiedzmy... przeciętna. Nie czyni ona zła ale szału też nie robi.

Chemicznie jest dziś więc lećmy dalej z chemią.


Chemia leków dobroczyni. Co z tego? Skoro się człowiek na nią nie nauczy bo na chemię leków się uczy. Tak paradoksalnie poleciałem ale tak się właśnie zdarzyło. Na szczęście ten efekt zobojętniła pani dr. którą oczywiście serdecznie pozdrawiam! Zobojętniła, bo pozwoliła mi przyjść razem następnym co by nie zapisywać w moich aktach "trójacza":]. Pani dr. jest wielce miłosierną istotą, błędy oznaczenia wydają się przy niej mniejsze niż w istocie są. ;)

Farmakognozja hm... zastanawiam się, bo nic zuego się na niej nie stało, jeżeli pominąć ściąganie. Kurdę nie lubię ściągać chyba nawet bardziej niż uczyć się na pamięć o roślinkach. Mój poziom ściągania nie jest najwyższy ale chyba szybko zbijam expa w tym skilu bo udało mi się nie zostać przychwyconym na gorącym uczynku. Pamiętam kiedyś jak ściągałem pierwsze razy na botanice... W zasadzie dopiero botanika zmusiła mnie do podjęcia nauki na polu ściągania sztuki! (ha taki se rym mi wszedł w tym właśnie miejscu). Jak ja się wtedy stresowałem... Ręce się trzęsły, gorąco było, pocił się człowiek, tętno przewielkie. A teraz? Teraz to jest wyrafinowana zimna krew. Pełen spokój, ręka mi nie drgnęła. Opracowałem dosyć skuteczną technikę.

W zasadzie to jeżeli by mnie chwilkę poobserwować to od razu widać, że ściągam. No bo jak człowiek umie to pisze cały czas, tak? Nie pisze turami, co chwilę tylko uzupełniając jakieś braki akurat w momencie, kiedy czuje się bezpiecznie a wzrok pani dr. na nim nie spoczywa. To przecież doskonale widać. Ten sposób trudno wykryć bezpośrednio. Trzeba przyuważyć, że wzrok nie spoczywa w naturalnym miejscu na środku kartki ale nieznacznie powyżej niej. Jes to dużo trudniejsze do wykrycia niż patrzenie się na kolana, czy też w swoją drugą rękę. Obracanie i szukanie w ściągach harmonijkach jest wg. mnie dużo trudniejsze, o niebo bardziej widoczne i bardziej kłopotliwe.

Mimo to, że udało mi się ściągnąć nie jestem z tego dumny. Trochę mi wstyd ale przecież się nie przyznam... bo...? Bo nie wiem jak bym się tego wszystkiego miał nauczyć na pamięć. Wiem, wiem zobaczę na farmakologii... ale z całym szacunkiem dla gnozji, farmakologia jest o lata świetlne ważniejsza niż gnozja.

Dobra wypiłem kawę i idę się uczyć... Zaraz do dentysty : Fest mi sie nie chce ale to fest. No i czas mi pani dentystka zabierze nie wspominając o walucie.

P.S.
Mam fajny pomysł na zdjęcie z okna :P Warunkiem jest jednak ciemna noc bez mgły... Choć po ostatnich zdjęciach boli mnie gardło :>

A teraz zdradzę wam tajemnicę co jest tajemniczym amfoterycznym pierwiatkiem świata. Otóż oznaczenie jego Re...y. Reaguje z dobrymi i zuymi zdarzeniami. Amfoter jak nic!

Rey

niedziela, 30 listopada 2008

"Grey skies are turning black"

Dziś mam ucztę dla oka i ucha.
Odpalamy z menu po prawej Coward (stąd tytuł posta)
Coward jest oczywiście z pierwszej płyty (Cruel Melody) genialnego Black Light Burns! Gorąco polecam.



A teraz moje ulubione :]
I dzika wariacja
Widoki z okna mojego :D
Zachęcające nieprawdaż? :P
Nieprawdaj! Było naprawdę ładnie. To ekspozycja potrafi zdziałać takie "cuda" i sprawić, że szare nieba stają się czarne.

"Niech dzień ten nie kończy się gorzej, niż się zaczął."
Stephen King

Rey

sobota, 29 listopada 2008

ein jóws

Dzień jak nie co dzień. Może to niekorzystna sytuacja bio-meteo, a może nie.
Nie wiem co mam myśleć o dzisiejszym dniu. Jest taki nieswój. O tak, z 3 minuty myślałem jak go określić. Nie swój wydaje mi się najlepszym wariantem.

Nie mój, tak jakbym nie ja go przeżywał, albo taki jak bym nie chciał, żeby był mój. Oczywiście często nam się dni nie układają ale to nie o to chodzi. W "dziś" nie ma żadnych tragedii i dlatego jest taki dziwny, taki nie nasz.

A czemu napisałem nasz? Okazało się, że nie tylko dla mnie dzień jest taki nie jaki. Pojawiły się różne określenia :> Zapewne żadna z tych osób nie określiła by go jako nie swój. A może by określiła? Nie jest ważne to. "heh niewiem" to jest jedno, inne to "Szczerze to chjwo ....:P" oraz niebezpośrednio ale widoczne "Dazed and Confused..."

Wnikliwy śledczy nie zastanawiał by się dlaczego tak jest, bo powodów być może tysiąc500sto900. Postawił by pytanie: "Co łączy te osoby?" Nasz Wnikliwy śledczy jest bystrzakiem. Zgadł, a może wydedukował? Bystrość moja nie ogarnia jego bystrości, więc nie wiem. Więc zgadł a może wydedukował, że skoro ja jeden cytowałęm te słowa w jednym miejcu, o jednej porze i na jeden temat musi tu być jakiś związek przyczynowo-skutkowy. Pogratulować przenikliwości, bo wszystkie te osoby wczoraj bawiły się razem. Nieznane są jednak motywy którymi kierowali się sprawcy wypowiadając te słowa. Nawet Wnikliwy nie wie. Jedynie zeznania Autora mają wartość poznawczą jako, że są najobszerniejsze.

Autor bawił się dobrze. Autor ma zawsze wygórowane auto-oczekiwania. Autor zalicza imprezę in plus.

Pojawiło się jeszcze "negatywne nastawienie do świata" ale to jest już inna bajka.

Nie spisywać dnia na straty! Gdyż korzystając z specjalistycznych narzędzi inwigilacji Autor i Wnikliwy dowiedzieli się że: "święta w jakości hd" albo "na potege posepnego czerepu.. Mocy przybywaj! xD" lub "eye of the sztajger! :D".

Dni bywają różne nigdy takie same. Niedawno był wypadkowy. Wypadkową tego dnia była myśl w głowie Autora "To taki dzień". Przez co Autor miał na myśli dzień na wypadki samochodowe. Sam widział skutki jednego a w drugim niemal uczestniczył (należy tu z pełną mocą podkreślić, że nie z jego winy!)

To wszystko znaczy, że patrzę na was przeze mnie, a na siebie przez was. Rozumiecie ? :P To proste jest przecież. To jak mi się jawicie :] wynika ze mnie, a to jak ja widzę siebie z waszych zachowań. Co jest więc bardziej prawdziwe? Niestety Ja :D To rili nie jest egocentryczne. Patrzajcie: ja widzę was przez to co ja myślę i czuję a siebie widzę przez to co wy robicie więc bardziej prawdziwy jestem ja bo mniej zawałszowany przez myśl moją.

Fest pojechałem po bandzie teraz conie? :D
No sorry, nie?

"Dzisiaj jest pierwszym dniem reszty twojego życia. Nic bardziej prawdziwego."
Jonathan Carroll

P.S.
Przecież bym zapomniał! Nagroda:D
Pragnę złożyć najszczersze gratulacje za odgadnięcie hasła finałowego z kategorii film w kalamburach rysunkowych na ręce Dziewczyny Mallory'ego!(APLAUZ) Dziewczyna wykazała się niezwykłym sprytem i jasnością umysłu i bezbłędnie w pierwszym podejściu i z szybkością błyskawicy zgadła, że gad znajdujący się przy drzwiach i oddzielony od nich jedynie strzałką oznacza "Wejście Smoka" Jeszcze raz brawa i gratulacje :D
Wnikliwy Śledzi Autora

piątek, 28 listopada 2008

Twór (czość) naukowa

Kiedy się uczę potrzebuję "s" połączonego z "pokoju". Pozwala mi to na jako takie skupienie. Mój mózg często pracuje chaotycznie i niespójnie. Skupić jest mi się Ciężko i czasem zdarza mi się (nie wiedzieć czemu) nagle przeskoczyć z tematu którym mam się zajmować na jakiś zupełnie niezwiązany i nie wiadomo czym wywołany wątek. To jest z deczko dziwne. Większość ludzi jeżeli już zdarzy im się rozproszyć zostaje do tego sprowokowana. Ja prowokatora nie potrzebuję i zdarza się to samoistnie i właściwie bezwładnie. Taki chaos nie-kontrolowany.

Takie rozproszenie jeżeli wychodzi na zewnątrz objawia się bardzo różnie. Czasem się uśmiechnę, czasem wydam jakiś niepowtarzalny i do niczego nie podobny odgłos typu "hmph", "yhm" i inne.

Niektóre omamy objawiają się działaniem takim jak to:





Wyznania Gejszy.

Gejsza jest z innej okazji ale fest mi się podoba jak ją przedstawiłem więc też się tu znalazła :D

Idę dziś na Andrzejki które są jutro :D

Miałem dziś fajny sen.

Biochemia jest fajna.

"Zbyt wiele zasad. I stąd tyle kwasów."
Lidia Jasińska
P.S.
Zamknąłem bloga, wyłączyłem drukarkę itd. ale jak to zobaczyłem to postanowiłem, że zadam sobie trud żebyście i wy mogli zobaczyć coś jeszcze :D
Otóż wczoraj graliśmy z NG i Magdaleną w kalambury, wpierw na pokazywanie a na wykładzie na rysowanie. Kategoria: Film
NG narysowała to:
Zgadujcie :D

Rey

niedziela, 16 listopada 2008

poniedziałek, 10 listopada 2008

U chochoła

Czyli jakby na weselu tak? Na szczęście nie weselu Wyspiańskiego. Wielki wieszcz polski nas nie zaprosił. Nasze wesele czyli wesołość nasza podarowana została nam przez chochoła, bo to u niego na polanie spaliśmy i od niego wyruszaliśmy po wesołość.

Polana chochołowska stała się naszym domem na jedną tylko noc czyli 2 dni. Znaczy to, że w zasięgu naszego rażenia znalazło się kilka z zachodniotatrzańskich szczytów a nawet Bahamy:].

Kto gościł na tym weselu? Zaproszono doborowe towarzystwo, o którym można powiedzieć, że stworzyli zgraną i zabawową ekspedycję. Każdy wnosił coś innego. Domeną jednych okazały się kabanosy, inni postawili na energetykę napoi, ktoś tam przytargał ze sobą całe państwo w butelce, odnalazł się również termostabilny liter a jeszcze inni byli.

W taki to sposób nie oparł się nam Grześ, Rakoń ani też Wołowiec. Nic oni nie mogli poradzić na naszą wolę walki z wiatrem, chmurami i ciemnością.

Grzesiek stanął sobie w przeciągu i ostro łoił nas wiatrem. Ale my nie odpuszczamy tak łatwo. Jakiś tam halny nie jest dla nas przeciwnikiem. Konia o imieniu Ra właściwie nie zauważyliśmy :] Za to złowrogo wyglądająca Wołowina spowita gęstą chmurą pokazała nam, że nie jest taka zła gdy się na niej po prostu postanie. Od razu się rozchmurza chłopina.
Natomiast zielony szlak powrotny okazał się prowadzić na ciemną stronę mocy więc należało nam wyciągnąć miecze świetlne potocznie zwane również latarkami. Tak to w ciemności ekspedycja zakończyła spotkanie na szczytach.

Chochoł zaprosił kupę weselników na szczęście jego przestronny Schron miał apartamenty nazywające się "glebą". tak więc wraz z kilkudziesięcioma innymi weselnikami zaliczyliśmy glebę tej nocy. Co poprzedziliśmy bezpośrednią łącznością z zamorskim sąsiadem jakim jest Finlandia, z której pochodzi wyborne mango.

Dzień drugi miał błyszczeć w założeniu. Zakład jednak przegraliśmy my i nie błyszczeliśmy. Za to poszliśmy do starej roboty. Najwyżej położony w tym rejonie skrawek ziemi stał przed nami i tam mieliśmy dziś pracować. Doliną Starorobociańską udaliśmy się w podróż która wydała obfity owoc w postaci wiaterów, chmurni, ale i słodyczą widoków i spacerowego pokonania czysto końskiego Kończystego wierchu i zaliczenia trzeciego dnia na Trzydniowiańskim wierchu.
Tym razem w dół schodziliśmy czerwonym szlakiem który okazał się nie prowadzić na ciemną stronę ścierzki.

Wypadzik bardzo udany, wiele wspomnień i planów na przyszłość :) Gorąco polecam.

Specjalne pozdrowienia dla Justyny, Pauliny, Krzysia i Skały :>

Zdjęcia

A teraz zupełnie z innej strony. Skoro już zacząłem długi weekend to musiałem go doprowadzić do końca. Czyli trzeba było udać się na jakieś mandarynki sponsorowane przez jednego z królów Polski. Sponsor wywiązał się z pokładanych w nim nadzieji.
Fest udana impreza w TG na szczególną uwagę zasługuje tu część yazzowa która wyszła prześwietnie. Spotkanie znajomków i nowych nieznajomków, fajne bansy i w ogóle.

No i w końcu udało mi się zobaczyć z już posiadaczem już szczęśliwym arafatki która długo musiała czekać na ten zaszczyt :D

"Wolność jest jak powietrze na szczycie góry. I jedno, i drugie - nie do zniesienia dla słabych."
Ryūnosuke Akutagawa
Rey

środa, 5 listopada 2008

1,3,7-trimetyloksantyna

Odpalcie Heartbeat z muzycznego menu po prawej.

Potrzeba było 21 lat i książki z chemii leków co by się Rey przekonał do 1,3,7-trimetyloksantyna. Co to znaczy przekonał? Wcześniej myślał, że profity z przyjmowania tej metyloksantyny są na tyle niewielkie, że nie warto pakować się w tą używkę. Jednak profesor Zejc napisał, że oto kofeina działa siłownie!

Tak więc po 21 latach życia na planecie ziemia w układzie słonecznym w drodze mlecznej we wszechświecie Rey przyjął na klatę swój pierwszy kubek kawy. Stało się to o 21:27. Pomyślicie: "Pojechało go? O tej porze kawę pić?" Ja it is tru! Przejechała po mnie biochemia i chemia leków. Zatem zamiast uczyć się o enzymach piszę ja do was. Powinniście to do diaska docenić!

Co by było śmieszniej poznałem ostatnio niezwykłą kobietę :D Zowie się ona Nneka Egbuna. Nigdy jej nie widziałem, z nią nie rozmawiałem ale dotarła do moich uszu. Twierdzę jednak, że jest to istota niebiańska. Przede chwilą ją właśnie ujrzałem dzięki uprzejmości niejakiego gogla.

Słodki ten uśmiech i taki szczery.Gangsta style

Śpiewa ujmująco :D Właśnie jej słuchacie. Sołle i hiphopy śpiewa czasem z elementami afrykańskiego folku, które to akcenty są jednak bardzo delikatne.
(Ja zawsze na początku bardzo jaram się nową muzyką ;P Więc się nie przejmujcie)

Nneka ma 27 lat :> Myślicie, że mam u niej szanse? :D

Pozdro dla biochemików i chemików leków :] może jutro (dziś już w zasadzie) nie przykapię :>

A może być brzydki kawał zamiast cytatu?:P

Jasiu zawsze zachowywał się brzydko i wyzywał koleżanki. Pewnego dnia zanim Jasiu przyszedł do szkoły pani mówi do dziewczynek:
- Jeżeli Jasiu was obrazi albo powie coś brzydkiego to wszystkie wyjdźcie z klasy.
Po chwili wpada Jasiu i krzyczy:
- EEEEEE burdel budują za rogiem!
Wszystkie dziewczynki wychodzą a Jasiu:
- GDZIEEEE KURWY?? Dopiero fundamenty kładą!!!
(LOL!)

Rey

poniedziałek, 20 października 2008

Niesforna skarpetka, kabanos i Słowianka

Miało to miejsce w Beskidach.
Niedawno, niedawno temu, bo przed dniem wczorajszym, byłem sobie na lajtowej wycieczce nisko górskiej. Choć Beskid żywiecki mam już dość dobrze zdeptany to zostało jeszcze kilka miejsc w których ma stopa nie postanęła. Taką górką była do niedawna Romanka. Imię żeńskie, niezbyt ładne jeżeli mam być szczery bo zdaje się, że w prostej linii pochodzi od poczciwego Romana.

Kierownik wycieczki powiedział, że właściwie nic ciekawego na tej Romance nie ma, bo jest odrzewiona na szczycie i niewiele widać. Na szczęście pani kierownik się trochę myliła. Aura dnia była letnio-jesienno-zimowa jeżeli można tak rzec. Letnie było słońce, jesienny był stan ducha przyrody a zimowy był śnieg.

Już w drodze na szczyt doznaliśmy bardzo przyjemnych wrażeń wzrokowych, które nie pozostawiły nam wątpliwości. Powiedziały, że będzie przednio.


Dalej było już tylko lepiej. Wchodziliśmy w południe więc słonko dopiero się rozkręcało. Na iglakach mnóstwo było jeszcze wody w różnej postaci. Woda ta poczuła chętkę poddania się grawitacji i spadała z drzew, wyglądało to mniej więcej jakby padał rzadki deszcz, słońce prześwitując przez korony pięknie nam grało na podszyciu.


Szczytowaliśmy widzą takie rzeczy : )


W dalszej drodze nie napotkaliśmy większych trudności :> Stoczyłem tylko jedną walkę na kije :]


Po czym trzeba się było zająć świadkiem:



Dlatego więcej zdjęć nie ma :]

Ty tu - ł, jak zwykle u mnie coś znaczy.

Słowianka sprawiła, ze cieszyłem się jak dziecko :] Tak to jest kiedy wraca się do miejsc w których się już było i spotkało nas tam coś dobrego, radosnego i pojawia się sen do kupy z tyment. Słowianka to Schronisko Hali "Słowianka" (856 m n.p.m)

"Kabanos – cienka, długa kiełbasa, przyrządzana z peklowanego mięsa wieprzowego, starannie suszona i wędzona. Nazwa pochodzi od tureckiego słowa kaban (potocznie używanego również w regionie Białegostoku), czyli wieprz."

Kabanos jest również znany jako kultowa, niemal mityczna strawa, którą posilają się wędrowcy górscy a która nadaje im nadludzką witalność. Bez kabanosa w góry nie wychodź! Jako iż nad marnością losu twego nikt się wtedy nie ulituje.

Niesforna skarpetka - jaka jest, każdy widzi.

Zdjęcia w wersji rozszerzonej.
"Dziś pozwoliłem słońcu, aby wstało wcześniej niż ja."
Georg Christoph Lichtenberg
Rey

piątek, 17 października 2008

Taki Pocieszny Lans

wpierw zapuśćcie sobie pierwszy utwór z menu po prawej

TPL się zaczął czyli chyba najbardziej "zawodowy" przedmiot na całych mych studiach. Rozwinięcie skrótu jest przezwyczajne, czego przykład mamy w tytule. Skąd się wziął taki przedmiot na farmacji? I dlaczego napisałem, że Taki Pocieszny Lans jest najbardziej zawodowym kursem na mej szkole z bardzo niebieskim neonem?


Sami zobaczcie:


Sami widzicie! Czyż to co ujmuję na dłoni nie jest Pocieszne? Reszta ryciny to czysty Lans.

Spekulanci zapewne wymyślą coś ciekawego na temat tego co dzierżę w dłoni. Uczciwym graczom giełdowym zapowiem, że jest to proszek. Właściwie to proszek w opłatku. Dokładniej ujmując w kapsułce skrobiowej. Teraz czy to jest Dosia? Vizir? E? a może Bonux? Właściwie wiele się nie pomyliłem bo ten mój proszek też czyści. Słabo bo słabo ale prze czyści.

Tak właśnie się lansujemy na TPLu. Jak widać kulamy se dropsy i się cieszymy z tego. Podoba mi się to bo jest ciekawe, praktyczne i co ważniej czynności można wykonywać "lege artis". A skoro można je tak określić to kolesia na zdjęciu można (oczywiście wiele ryzykując) nazwać artystą. Nie wiem czy opłaca się aż tak ryzykować, wszak jest to adept sztuki. W zasadzie nie wiadomo co z nim zrobić. Zostawmy go już.

***

Podoba mi się też to co widzę za oknem. Czerwony, żółty, pomarańczowy, brązowy, zielony, niebieski, czarny, biały w konfiguracji którą znawca nazwał by jesienią. Szczególnie korzystnie wygląda ona ze względu na ilość fotonów któe ją dziś pokazują.

***

Myślę poważnie o zejściu do podziemia. Chcę prowadzić podwójne życie. Znaczy to nie mniej nie więcej jak podziemny blog. Drugi. Tu nie mogę napisać wszystkiego ze względów etycznych :]

Przesłanie do studentów farmacji teraz nastąpi:

Przesłanie mówi:

Że,

trzeci rok jest najgęstszy. Wiecie to wy, z opowieści, autopsji, legend i mitów. Ja postanowiłem tą wiedzę usystematyzować, skodyfikować i spisać. Zadanie to trudne. Zacznijmy.

Nie jest tak źle! Nie może być lepiej.

Skoro tydzień za tygodniem (ten jest 2gi) w weekendy zużywamy 3-4 butelki roztworu etanolu w celach naukowych. Precyzując, to epidemiologicznych - prowadzimy wnikliwe badania nad wpływem różnego sortu roztworów etanolu na przebieg trzeciego roku studiów farmaceutycznych. Wyniki naszych badań są bardzo obiecujące. Obiecują kolejne sesje badawcze. Jak dotąd bez wyraźnej szkody dla systemu edukacji na Farmacji.

Przesłania części pierwszej koniec.

P.S.

Otwieracz do win.
No, rly.

"Życie jest jak butelka dobrego wina. Niektórzy zadowalają się czytaniem etykiety na opakowaniu, inni wolą spróbować jego zawartość."
Anthony de Mello

P.S.
Cytat odnosi się bezpośrednio do gościa na zdjęciu i jego przygód z winami:>

Rey

piątek, 3 października 2008

Znaki na niebie. A podtytuł to: Heh .

Nie mam tytułu, jeszcze. Nie wiem o czym napiszę, jeszcze. Nie wiem czy skończę, jeszcze.

W każdym razie zacząłem.

Całkiem niedawno miałem urodziny. W sumie nic specjalnego :] Dzień prawie jak każdy inny. Trochę to mało pocieszne nie? Ale cieszyłem się z kolejnych sms`ów z życzeniami. Śmiechowy też był dzień imprezy urodzinowej, potrójnej, naszej, farmacyjnej z Tomkiem i z Pauliną. Sponsorowany był przez peszek. Na szczęście mały peszek który mniej więcej wyszedł mi później na zdrowię.
Oczywiście nie był bym sobą gdybym nie zastrzelił kilku kobitek komplementem (epic fail :D).
To kolejna rzecz dzięki której będą mnie pamiętać :]

W Polsce właśnie oglądają ludzie kultowego Matrixa a ja się wywewnętrzniam.

NG napisała właśnie sms`a o treści: "Ba"

Zastanawiacie się jakie było pytanie? :> Mogłem się pytać o pierwiastek o liczbie atomowej 56. Tego bym jednak niezrobił. Znacie kogoś kto do dziewoji pisze takie sms`y?

Ja też.

W ogóle nudy coś. Chyba się starzeję. Czerstwieję? Nie, chyba jeszcze nie czerstwieję. Chociaż ja lubię taki lekko czerstwy chleb. Nie ważne. W każdym razie zdarza mi się nudzić czasami. To jest poniekąd żałosne i jestem tego świadom. Dlaczego żałosne? Bo do diaska mam 21 lat i się nudzę? No dajcie spokój! :P

Drgania są odczuwalne w tej kwestii. Oby nie wróżyły trzęsienia.

To będzie na tyle dziś. Może jutro napisze coś o uczelni? A może nie.

Nie pytajcie skąd się wziął tytuł (lol)

Nie pytajcie skąd się wziął podtytuł (lol2)

"Większość naszych błędów jest bardziej wybaczalna niż środki, którymi staramy się je ukryć."
François de La Rochefoucauld
Rey

wtorek, 16 września 2008

na Biał ym

Nabiał jest zdrowy - każdy to wie. Dlatego na biał ym musiało być wspaniale. Nie okłamię was jeżeli powiem, że to był najlepszy czas tegorocznych wakacji. Tylko kilka dni ale niezwykłej jakości.

Chodzi oczywiście o obóz w Białym Dunajcu. Obóz organizowany głównie przez duszpasterstwa akademickie działające we Wrocławiu i Opolu. W większości franciszkańskie. Jest dla studentów, tych przyszłych czyli dostałych się ale jeszcze nie studiujących. Tutaj informacje w postaci plakatu :)


Pierwszy raz gościłem tam rok temu i bardzo mi się podobało. W tym roku o mojej obecności miał zdecydować prof. chemii organicznej. Jego decyzja była pozytywna więc z niewielkim opóźnieniem ale jednak się udałem.

Koszulka chatkowa
Co jest takiego Boskiego (dosłownie i w przenośni) w tym obozie? Przede wszystkim ludzie i atmosfera tam panująca. To jest po prostu mikroklimat. Niezwykły ekosystem w którym doskonale się czuję. Otaczają mnie tam życzliwi i śmiechowi ludzie. Rzec by można, że każdy znajdzie coś dla siebie.


Wtrącę tu na chwilę o organizacji nieco.
Obóz jest potężny (ok 500 osób jeśli się nie mylę). W Białym Dunajcu zarezerwowanych jest 13 chat (takich pensjonatów w których normalnie śpią turyści ale są one zarezerwowane w całości dla nas). Poszczególne duszpasterstwa zajmują te chaty (niektóre nawet 2). Więc ludzi jest ogrom. Ja przyjechałem do chaty Góry św. Anny. Każda chata charakteryzuje się czymś innym ma swój własny niepowtarzalny klimat i zasady. Przyjeżdżam do tej ponieważ pierwszy raz w niej byłem. W "towarzystwo" wprowadziła mnie i poznała ze wszystkimi Joanna za co jestem jej bardzo wdzięczny.

Nasz chór na mszę
Opuszczam wtrącenie.
Przekrój "postaci" jest pełny jeśli można tak powiedzieć. Są ludzie starsi, młodsi, kobiety, mężczyźni, matematycy, humaniści, fotografowie, wf`iści i muzycy. Każdy jest ciekawy i inteligentny (w jakiś sposób :P). To naprawdę niezwykłe, wielka różnorodność. Chyba wcześniej nie miałem okazji doświadczyć czegoś takiego. Może tam inaczej na ludzi patrzę, inaczej ich poznaję, ale odnoszę właśnie takie wrażenie.
Oczywiście nie można zapomnieć o ojcach i braciach. Nie, ludzie nie przyjeżdżają tam z tatusiami. Chodzi oczywiście o franciszkanów. To też "zjawiska", inteligentni, dowcipni, uśmiechnięci. Zalet ich przebywania z nami (albo nas z nimi) nie sposób przecenić. Obóz jest Boski bo związany z Bogiem. To też czyni go specjalnym.

"Niektórzy" czasem twierdzą też. że jest to obóz matrymonialny - jakkolwiek to brzmi. Ale faktycznie jest to okazja do poznania kogoś bliżej. Często jest to więc temat żartów.

Bardzo się nim zachwycam i taki obraz jego mam w głowie. Na razie nie zamierzam go zmieniać.

Dla mnie ważna jest również lokalizacja - Tatry. Kocham góry. Wielu z was już to wie. Za każdym razem kiedy jestem w górach znów nie mogę ich pojąć i upajam się nimi choć tyle razy już tam byłem. Góry w wielu kulturach i religiach to dom Boga. Ja się z tym całkowicie zgadzam. Ich majestat, potęga, ogrom i tajemnica tworzą atmosferę w której czuje się obecność Boga. W tym roku motywem przewodnim kazań była "góra", a w zasadzie "góry" biblijne, góry wiary.

Tym razem zaliczyłem tylko 2 trasy. Granaty i Kozi Wierch. Przemocarnie czyż nie? Zacząłem od Granatów. Pierwszy raz w życiu byłem na tak trudnym szlaku. Bardzo dużo łańcuchów, duża ekspozycja a to wszystko ponad 2000 metrów nad poziomem morza i w dodatku okraszone przepięknymi widokami. Jednak Granaty przy Kozim Wierchu miękną - wg mnie oczywiście. Zgadzam się z ludźmi którzy twierdzą, że to najtrudniejszy i najniebezpieczniejszy szlak w Polskich Tatrach. Naprawdę jest ostro. Trzeba być skupionym i uważać na to co się robi. Nieostrożność i beztroska z pewnością skończą się tragicznie. Mimo wszystko warto.

Na granaty
To tylko mały wycinek tego o czym mógł bym tu napisać. Nie chcę pisać o wszystkim bo mogło by to być dla was nużące.

Pozdrawiam wszystkich z Białego Dunajca :D

Zdjęcia. Nie wszystkie. Najciekawsze dostanę później :)

Zdjęcia Adama
"Do diaska!"
Jarzombek
"Narzekanie nic nie zmienia"
o. Jozue
Rey

środa, 20 sierpnia 2008

Wyznanie

Chcę wam ogłosić, że przeczytałem książkę. I nie była to instrukcja!

Mało w życiu czytałem i najczęściej robiłem to by zaspokoić popęd nauczycieli którzy pragnęli abym osiągnął "wiedzę". Książki które przeczytałem sam z siebie i dla przyjemności nie przekraczają liczebnością ilości członków ciała. Nie wydaje mi się, żeby któraś z tych przeczytanych do szkoły czy też dla siebie wywarła na mnie takie wrażenie. Ta o której dziś będę pisał nie jest najlepszą książką na świecie, ani najlepszą którą przeczytam w życiu, ale na pewno jest najlepszą którą przeczytałem dotąd. Patrioci poderwą się pewnie z miejsc i grzmotną w stół gdy usłyszą, że nie jest to książka żadnego z "wielkim poetą był" polskich. Koneserzy czcionki zzielenieją na myśl, że nie jest to Goethe.

Jestem niemal pewny, że nie wiecie co napisał Arthur Golden (chyba, że czytaliście to co ja:P) Gość wypocił prawie 500 stron niezłej czytanki. Zajęło mu to dekadę życia. Pochwała pisemna mu się jak najbardziej należy. Jest absolwentem trzech prestiżowych uniwersytetów w stanach, zna chiński i ma srogą wiedzę o historii i kulturze Japonii.

Jak to się więc stało, że przeczytałem akurat tą książkę? Kiedyś kupiłem ją jako prezent urodzinowy. Szczerze mówiąc nie byłem przekonany czy to jest najlepszy pomysł. Teraz wydaje mi się, że był całkiem niezły. Oczywiście zajrzałem do streszczenia wydrukowanego na okładce i dowiedziałem się, że książka zawiera sporą dawkę kultury, historii i życia w specyficznej tradycji Japońskiej. Ponadto wspomniano o humorze i niezwykłych postaciach występujących w powieści.

Wyznania Gejszy są niezwykle ciekawe i wciągające. Fabuła trzyma w napięciu i jest bogato usiana nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Napięcie narasta i jest doskonale budowane. Postacie faktycznie są bardzo wyraziste i można się do nich przywiązać. Książka zawiera wiele opisów jednak są one prowadzone w zajmujący sposób i nie są zbyt długie. Świat oglądamy oczami głównej bohaterki która spogląda nań przez szkła swoich uczuć i pragnień.

Podobało mi się. Bardzo. Kultura Japońska jest niezwykle ciekawa, a jeżeli dodamy do tego świat przyjęć i bankietów grubo podszyty intrygami, walką o władzę i pozycję, zamieszamy pieniędzmi, to otrzymujemy coś przedniego. Tym bardziej, że czytamy o osobliwym samym w sobie świecie kobiet. Tu postrzeganych jako towar i musimy to skonfrontować z ich uczuciami. Wydaje mi się, że książka jest nieco "babska" choć pisana przez faceta. Czasami miałem wrażenie, że niektóre fragmenty były by szerzej opisane gdyby autorem była kobieta. Czasami to tekst przypominał mi, że mam do czynienia z autorem a nie autorką. Powieść pełna jest humoru. Słownego i sytuacyjnego. Na mojej twarzy często gościł śmiech. Zaskakiwały mnie wypowiedzi bohaterów i niektóre zdarzenia. Fajnie jest domyśleć się czegoś a później przeczytać, że miało się rację. Czasem jej nie miałem i to też jest fajne. Bohaterzy książki są na tyle przekonujący, że później zacząłem być zły na któregoś z nich, że coś sknocił albo jak został potraktowany przez innych. Kończąc powiem wam o zakończeniu. Nie będę spoilował. Jest słodko-kwaśne. Przynajmniej dla mnie. Wydaje mi się, że dla kobiet będzie bardziej słodkie. Czasem wydaje mi się, że jest trochę naiwne.

Myślę, że odpowiednio was zachęciłem do czytania :> Jeżeli ja przeczytałem niemal 500 stron to już coś znaczy!

"Książka powinna w duszy czytelnika wywoływać obrażenia."
Emil Cioran

W zasadzie wyszedłem bez obrażeń. Jeżeli już to jakieś zadrapania. :P

Rey

wtorek, 22 lipca 2008

Wesoły jestem!

Co poniektórzy (właściwie to chyba wszyscy którzy tu zaglądają) wiedzą, że byłem nie dawno w górach. Taka przygodowa wędrówka z kumplami.

Było nas trzech, trzy też były plecaki i jeden namiot. Plan był taki: Przejść określoną część Głównego Szlaku Beskidzkiego. Część od Wisły Głębce do schroniska na Hali Krupowej. Integralną i najciekawszą część tego planu czyli nocleg na szczytem Babiej Góry (właściwie to trochę pod) i przeżycie zachodu i wschodu słońca na Królowej Beskidów zrealizowaliśmy. Reszta okazałą się być nieco bardziej śmiechowa.

Dzień 1
Rozpoczął się od podróży pociągiem - tym razem nic nadzwyczaj ciekawego. Szkoda bo bywało kiedy sama przejażdżka pociągiem była małą przygodą. Z Wisły Głębce wyruszyliśmy na szlak w stronę schroniska na Przysłopie i Baraniej góry. Szło się nieźle, był to pierwszy dzień z plecakami więc trzeba było się trochę wczuć. Wyznacznikiem tego dnia było właściwie poszukiwanie szlaku bo kilka razy zdarzyło nam się nie wiedzieć którędy iść. Głównym powodem było słabe i mało czytelne oznakowanie szlaku. Weszliśmy na Baranią i na wierzę widokową na jej szczycie. Dzień był niezbyt pogodny więc i widoki były neizbyt imponujące. Skała żałował, że podłoga na wierzy jest "przezroczysta".

Dzień miał się zakończyć noclegiem w namiocie na którejś z hal znajdujących się przy szlaku za szczytem Baraniej. Kiedy rozpoczeliśmy poszukiwania miajsca do rozbicia namiotu uświadomiliśmy sobie, że w górach to nie takie łatwe. Za szczytem rozciągał się pokaźnych rozmiarów wiatrołom. Skończyło się na tym, że ok. godziny szukaliśmy miejscówki. Zostały 3 typy: wprost na szlaku - idealnie równo, zagrożenie wodą w razie deszczu, obok dwa suche drzewa wyglądające jak by miały się zaraz przewrócić, miejsce na kamienistej części szlaku - bez drzew i relatywnie zabezpieczone przed powodzią (oj jak dobrze, że nie tam spaliśmy) i miejsce w trawie do którego musieliśmy się wrócić ok 15min - było nie równo ale bez drzew nad głowami i całkowicie wodoodpornie:D

Noc była ciężka. Plecaki spały z nami bo zamoknięcie plecaka było wysoce nieporządane a prawdopodobne. To spowodowało, że miejsca w namiocie na prawdę nie było dużo :>

Dzień 2
Gdy się obudziliśmy otaczało nas mleko. Mgłą była nieprzenikniona. Początkowo widoczność ograniczała się do maksymalnie 15m lecz szybko poprawiło się to do ok 30m :D Zjedliśmy śniadanie mistrzów - konserwy + chleb. I udaliśmy się w dalszą drogę przez przełęcz Glinne do Węgierskiej Górki gdzie zrobiliśmy zapasy prowiantu. Następnym punktem miało być dobrze nam znane schronisko na Rysiance. Bez przesadyzmu jednak! Nie wszystko w jeden dzień. Trzeba było gdzieś spać :> Dobrym miejscem okazało się schronisko Słowianka gdzie mogliśmy się wreszcie porządnie wyspać i uzupełnić złote płyny.

Zaskoczyła nas możliwość klonowania. Takiej pokusie nie można się było oprzeć:


Dzień 3 (The Mist Day)
Większą część dnia spędziliśmy we mgle. Szło się w miarę dobrze. Wiedzieliśmy, że należy uważać na szlak i ten dzień upłynął bez zbędnych kilometrów. Po obfitym jagodobraniu dotarliśmy wreszcie do Rysianki gdzie na chwilę się rozpogodziło, dosłownie na 10min, później znów znaleźliśmy się w krainie mlekiem płynącej... Po krótkim spacerku (lol) dotarliśmy na Halę Miziową także dobrze nam znaną. W bajeranckim hotelu przez niektórych zwanym schroniskiem odpoczęliśmy sobie zjedliśmy co nieco (kubki gorące + konserwy +chleb).

Będąc pod Pilskiem nie można na nie nie wejść! Tak więc wytężyliśmy się i bez plecaków wspieliśmy się na szczyt który przywitał nas 5 minutami względnej pogody których nie wykorzystaliśmy do zrobienia zdjęć:>

Skończyliśmy w niezwykle klimatycznym miejscu czyli na Bazie Namiotowej Górowa. Świetne miejsce. Składa się z czterech dużych wojskowych namiotów i "szopy" w której jest miejsce dla bazowego i mnóstwo miejsca noclegowego w środku u góry. Tam zostaliśmy przywitani wyśmienitą herbatką i spędziliśmy przyjemną i ciepłą noc.


Dzień 4 (Dzień Zlatý Bažant)
To był mokry szlak, dużo błota i częste obejścia. W końcu dotarliśmy na przejście graniczne w Korbielowie. Tam postanowiliśmy zrobić jakieś zakupy. Co można kupić na słowacji jak nie alkohol? Po wypicu Zlatý`ego Bažant`a stwierdziliśmy, że Słowacja to niesamowite miejsce i zboczyliśmy nieco z GSB. Jechaliśmy autobusem "na stopa" za 2 Bažanty a następnie doszliśmy do schroniska Slana Voda. Stąd już rzut kamieniem na Diablak. Schronisko było bardzo stare, a przynajmniej elektryka wyglądała na przedwojenną. Fajne miejsce. Tu dokonaliśmy tego:


Dzień 5 (Diablak)
Rano posililiśmy się mielonkami itp i rozpoczęliśmy zdobywanie Babiej Góry zwanej onegdaj Diablakiem. Szlak od strony Słowackiej jest bardzo malowniczy. Początkowo bardzo płaski później dość ostro się piętrzy. Na jego drodze stoją 3 budki/szałasy z czego 2 niedaleko szczytu. W jednej z nich mieliśmy nocować!

Na szczycie bardzo wiało. Całe szczęście jest tam mur z kamieni chroniący od huraganowego miejscami wiatru. W całej naszej wędrówce tutaj widzieliśmy najwięcej ludzi. Na Babią wchodzili starsi, dzieci, młodzierz, dorośli - cały przekrój wiekowy. Okazało się, że na szczycie żyje sobie pewien lis. Spryciarz niewyobrażalny. Kiedy robi się tłoczno wchodzi na szczyt i pozuje do zdjęć. Oczywiście nie za darmo. Ludzie rzucają mu wszystko co popadnie. Nie zdziwił bym się, gdyby niektórzy z nich oddawali swoją ostanią strawę.

Na szczycie w sumie spędziliśmy ok 6h. W oczekiwaniu na zachód słońca. Zaskoczyło nas, że ludzie tak późno wchodzą jeszcze na szczyt. Ostanich wędrowców spotkaliśmy jakoś ok 20stej.
Później niestety zaczęło ostro wiać ale dzielnie czekaliśmy aż słońce postanowi nas opuścić. Widowiskowo było.


W międzyczasie dołączył do nas samotny wędrowiec - Radek, trochę młodszy od nas który towarzyszył nam już do świtu.

Gdy zeszliśmy do naszej chatki w której mieliśmy spać dostrzegliśmy, że ktoś już się tam szwęda :/ Okazało się, że był to kolejny samotny wędrowiec który nie zdążył wejść na zachód i również czeka do świtu. W chatce było jednak wystarczająco dużo miejsca na 5 osób. Z rana w powiększonym, pięcio osobowym składzie ruszyliśmy na szczyt. Nie dość, że widzieliśmy zachód, mieliśmy zobaczyć wschód to księżyc pokazał się nam w pełni :>
Noc wyglądała tak:

Dzień 6 (Wschód)
Gdy się zbudziliśmy trochę zmartwiła nas niezmiernie gęsta mgła. Na szczyt wchodziliśmy w chmurze. Niestety sam szczyt też był w chmurze. Ciekawe było to, że gdy weszliśmy myśleliśmy, że jesteśmy pierwsi. Radość się skończyła kiedy zajrzeliśmy za drugą stronę muru po której w oczekiwaniu trwało jakieś 20 osób.

Wiało potwornie, zimno było strasznie, dosłownie widzieliśmy jak przelatują przez nas kolejne chmury. Samego momentu wyjścia słońca zza horyzontu nie widzieliśmy. W momencie zrezygnowania, kiedy postanowiliśmy schodzić coś zaczęło się dziać. Chmury się rozstąpiły i ukazało się słońce. Warto było czekać. Choć momentu "wschodu" nie widzieliśmy i pewnie są ładniejsze wschody to miejsce i atmosfera w której przeżywaliśmy ten wschód była wyjątkowa. Poza tym, nie każdy może się pochwalić takim wschodem.


Po chwili znów zrobiło się mlecznie, więc zaczęliśmy schodzić. W dół udaliśmy się percią akademików :> czyli dość trudnym technicznie szlakiem z łańcuchami i innymi takimi. Na dole coś zjedliśmy i poczęliśmy powrót do domu. Do domu czyli dość poważne odstępstwo od planów. Tak wyszło po prostu :P

Powrót był długi i nużący. Na stopa nikt nie chciał nas wziąć. Za to wracaliśmy od żywca z taką drugą ekipą która mieszka w pobliżu. W pociągu coś tam wypiliśmy oczywiście i tak to się zakończyła nasza przygoda.

Ogólnie. Było bardzo fajnie, przygodowo, mało ludzi na szlaku, pogoda nas nie rozpieszczała, widzieliśmy to co chcieliśmy. Co teraz? Ja czekam na następny taki evencik :> Trzeba wykombinować jakieś ciekawe miejsce i jazda!

Zdjęcia w wersji pełnej.

Pozdro dla Skały i Lecha!


Rey