wtorek, 22 lipca 2008

Wesoły jestem!

Co poniektórzy (właściwie to chyba wszyscy którzy tu zaglądają) wiedzą, że byłem nie dawno w górach. Taka przygodowa wędrówka z kumplami.

Było nas trzech, trzy też były plecaki i jeden namiot. Plan był taki: Przejść określoną część Głównego Szlaku Beskidzkiego. Część od Wisły Głębce do schroniska na Hali Krupowej. Integralną i najciekawszą część tego planu czyli nocleg na szczytem Babiej Góry (właściwie to trochę pod) i przeżycie zachodu i wschodu słońca na Królowej Beskidów zrealizowaliśmy. Reszta okazałą się być nieco bardziej śmiechowa.

Dzień 1
Rozpoczął się od podróży pociągiem - tym razem nic nadzwyczaj ciekawego. Szkoda bo bywało kiedy sama przejażdżka pociągiem była małą przygodą. Z Wisły Głębce wyruszyliśmy na szlak w stronę schroniska na Przysłopie i Baraniej góry. Szło się nieźle, był to pierwszy dzień z plecakami więc trzeba było się trochę wczuć. Wyznacznikiem tego dnia było właściwie poszukiwanie szlaku bo kilka razy zdarzyło nam się nie wiedzieć którędy iść. Głównym powodem było słabe i mało czytelne oznakowanie szlaku. Weszliśmy na Baranią i na wierzę widokową na jej szczycie. Dzień był niezbyt pogodny więc i widoki były neizbyt imponujące. Skała żałował, że podłoga na wierzy jest "przezroczysta".

Dzień miał się zakończyć noclegiem w namiocie na którejś z hal znajdujących się przy szlaku za szczytem Baraniej. Kiedy rozpoczeliśmy poszukiwania miajsca do rozbicia namiotu uświadomiliśmy sobie, że w górach to nie takie łatwe. Za szczytem rozciągał się pokaźnych rozmiarów wiatrołom. Skończyło się na tym, że ok. godziny szukaliśmy miejscówki. Zostały 3 typy: wprost na szlaku - idealnie równo, zagrożenie wodą w razie deszczu, obok dwa suche drzewa wyglądające jak by miały się zaraz przewrócić, miejsce na kamienistej części szlaku - bez drzew i relatywnie zabezpieczone przed powodzią (oj jak dobrze, że nie tam spaliśmy) i miejsce w trawie do którego musieliśmy się wrócić ok 15min - było nie równo ale bez drzew nad głowami i całkowicie wodoodpornie:D

Noc była ciężka. Plecaki spały z nami bo zamoknięcie plecaka było wysoce nieporządane a prawdopodobne. To spowodowało, że miejsca w namiocie na prawdę nie było dużo :>

Dzień 2
Gdy się obudziliśmy otaczało nas mleko. Mgłą była nieprzenikniona. Początkowo widoczność ograniczała się do maksymalnie 15m lecz szybko poprawiło się to do ok 30m :D Zjedliśmy śniadanie mistrzów - konserwy + chleb. I udaliśmy się w dalszą drogę przez przełęcz Glinne do Węgierskiej Górki gdzie zrobiliśmy zapasy prowiantu. Następnym punktem miało być dobrze nam znane schronisko na Rysiance. Bez przesadyzmu jednak! Nie wszystko w jeden dzień. Trzeba było gdzieś spać :> Dobrym miejscem okazało się schronisko Słowianka gdzie mogliśmy się wreszcie porządnie wyspać i uzupełnić złote płyny.

Zaskoczyła nas możliwość klonowania. Takiej pokusie nie można się było oprzeć:


Dzień 3 (The Mist Day)
Większą część dnia spędziliśmy we mgle. Szło się w miarę dobrze. Wiedzieliśmy, że należy uważać na szlak i ten dzień upłynął bez zbędnych kilometrów. Po obfitym jagodobraniu dotarliśmy wreszcie do Rysianki gdzie na chwilę się rozpogodziło, dosłownie na 10min, później znów znaleźliśmy się w krainie mlekiem płynącej... Po krótkim spacerku (lol) dotarliśmy na Halę Miziową także dobrze nam znaną. W bajeranckim hotelu przez niektórych zwanym schroniskiem odpoczęliśmy sobie zjedliśmy co nieco (kubki gorące + konserwy +chleb).

Będąc pod Pilskiem nie można na nie nie wejść! Tak więc wytężyliśmy się i bez plecaków wspieliśmy się na szczyt który przywitał nas 5 minutami względnej pogody których nie wykorzystaliśmy do zrobienia zdjęć:>

Skończyliśmy w niezwykle klimatycznym miejscu czyli na Bazie Namiotowej Górowa. Świetne miejsce. Składa się z czterech dużych wojskowych namiotów i "szopy" w której jest miejsce dla bazowego i mnóstwo miejsca noclegowego w środku u góry. Tam zostaliśmy przywitani wyśmienitą herbatką i spędziliśmy przyjemną i ciepłą noc.


Dzień 4 (Dzień Zlatý Bažant)
To był mokry szlak, dużo błota i częste obejścia. W końcu dotarliśmy na przejście graniczne w Korbielowie. Tam postanowiliśmy zrobić jakieś zakupy. Co można kupić na słowacji jak nie alkohol? Po wypicu Zlatý`ego Bažant`a stwierdziliśmy, że Słowacja to niesamowite miejsce i zboczyliśmy nieco z GSB. Jechaliśmy autobusem "na stopa" za 2 Bažanty a następnie doszliśmy do schroniska Slana Voda. Stąd już rzut kamieniem na Diablak. Schronisko było bardzo stare, a przynajmniej elektryka wyglądała na przedwojenną. Fajne miejsce. Tu dokonaliśmy tego:


Dzień 5 (Diablak)
Rano posililiśmy się mielonkami itp i rozpoczęliśmy zdobywanie Babiej Góry zwanej onegdaj Diablakiem. Szlak od strony Słowackiej jest bardzo malowniczy. Początkowo bardzo płaski później dość ostro się piętrzy. Na jego drodze stoją 3 budki/szałasy z czego 2 niedaleko szczytu. W jednej z nich mieliśmy nocować!

Na szczycie bardzo wiało. Całe szczęście jest tam mur z kamieni chroniący od huraganowego miejscami wiatru. W całej naszej wędrówce tutaj widzieliśmy najwięcej ludzi. Na Babią wchodzili starsi, dzieci, młodzierz, dorośli - cały przekrój wiekowy. Okazało się, że na szczycie żyje sobie pewien lis. Spryciarz niewyobrażalny. Kiedy robi się tłoczno wchodzi na szczyt i pozuje do zdjęć. Oczywiście nie za darmo. Ludzie rzucają mu wszystko co popadnie. Nie zdziwił bym się, gdyby niektórzy z nich oddawali swoją ostanią strawę.

Na szczycie w sumie spędziliśmy ok 6h. W oczekiwaniu na zachód słońca. Zaskoczyło nas, że ludzie tak późno wchodzą jeszcze na szczyt. Ostanich wędrowców spotkaliśmy jakoś ok 20stej.
Później niestety zaczęło ostro wiać ale dzielnie czekaliśmy aż słońce postanowi nas opuścić. Widowiskowo było.


W międzyczasie dołączył do nas samotny wędrowiec - Radek, trochę młodszy od nas który towarzyszył nam już do świtu.

Gdy zeszliśmy do naszej chatki w której mieliśmy spać dostrzegliśmy, że ktoś już się tam szwęda :/ Okazało się, że był to kolejny samotny wędrowiec który nie zdążył wejść na zachód i również czeka do świtu. W chatce było jednak wystarczająco dużo miejsca na 5 osób. Z rana w powiększonym, pięcio osobowym składzie ruszyliśmy na szczyt. Nie dość, że widzieliśmy zachód, mieliśmy zobaczyć wschód to księżyc pokazał się nam w pełni :>
Noc wyglądała tak:

Dzień 6 (Wschód)
Gdy się zbudziliśmy trochę zmartwiła nas niezmiernie gęsta mgła. Na szczyt wchodziliśmy w chmurze. Niestety sam szczyt też był w chmurze. Ciekawe było to, że gdy weszliśmy myśleliśmy, że jesteśmy pierwsi. Radość się skończyła kiedy zajrzeliśmy za drugą stronę muru po której w oczekiwaniu trwało jakieś 20 osób.

Wiało potwornie, zimno było strasznie, dosłownie widzieliśmy jak przelatują przez nas kolejne chmury. Samego momentu wyjścia słońca zza horyzontu nie widzieliśmy. W momencie zrezygnowania, kiedy postanowiliśmy schodzić coś zaczęło się dziać. Chmury się rozstąpiły i ukazało się słońce. Warto było czekać. Choć momentu "wschodu" nie widzieliśmy i pewnie są ładniejsze wschody to miejsce i atmosfera w której przeżywaliśmy ten wschód była wyjątkowa. Poza tym, nie każdy może się pochwalić takim wschodem.


Po chwili znów zrobiło się mlecznie, więc zaczęliśmy schodzić. W dół udaliśmy się percią akademików :> czyli dość trudnym technicznie szlakiem z łańcuchami i innymi takimi. Na dole coś zjedliśmy i poczęliśmy powrót do domu. Do domu czyli dość poważne odstępstwo od planów. Tak wyszło po prostu :P

Powrót był długi i nużący. Na stopa nikt nie chciał nas wziąć. Za to wracaliśmy od żywca z taką drugą ekipą która mieszka w pobliżu. W pociągu coś tam wypiliśmy oczywiście i tak to się zakończyła nasza przygoda.

Ogólnie. Było bardzo fajnie, przygodowo, mało ludzi na szlaku, pogoda nas nie rozpieszczała, widzieliśmy to co chcieliśmy. Co teraz? Ja czekam na następny taki evencik :> Trzeba wykombinować jakieś ciekawe miejsce i jazda!

Zdjęcia w wersji pełnej.

Pozdro dla Skały i Lecha!


Rey

niedziela, 13 lipca 2008

testuję

no i ciekawe jak to się stanie

piątek, 11 lipca 2008

Ten i "s"

Spójnie brzmi to mniej więcej tak: Tenis. Nie mylić z innym ciekawym słowem :]

Przepis:
  • Rakieta jedna (obojętnie; saturn 5, czy coś mniejszego i bardziej eleganckiego jak tomahawk, cruise czy patriot),
  • Piłek multum (można je wysłać za wysoko i trzeba wysyłać szperacza co by poszukał
  • Ściana jedna styka najlepiej wymalowana
  • Kawałek asfaltu
  • Jedna trenerka, element najistotniejszy. Winna być cierpliwa, kumać baze (... kort), no i oczywiście... się prezentować :D Co oczywiście moja prywatna trenerka spełniała w stopniu najwyższym :)
Stosując taki przepis gwarantowane jest niezła jazda :)
Pierwsza moja styczność z tym sportem i na pewno nie ostatnia. Spodobało mnie się i muszę znaleźć czas i ciorać se częściej bo chęci są i nie można ich zmarnować.

Na razie byłem na tzw ściance ale i tak było ekstrawagancko :P Chyba nie ma się czego wstydzić jak na pierwszy dzień :) Odbijać już mniej a więcej umiem. Techniki jeszcze brak ale dojdziemy i do tego, na razie staram się stosować do wskazówek trenerki i nawiązywać z nią choćby nie równą ale walkę :)

Więc (z)wyzywam :] każdego kto by chciał pociupać ze mną, niezłym nubkiem w tenisa :>

A co tam w mojej mydelniczce? Czyli mydlanej operze, szumnie przez niektórych nazywanej życiem.

Mydło jest śliskie tak jak życie :> Ostatnio zmydla się szybciej bo wakacje są - człowiek więcej żyje i więcej trzeba się myć. Na szczęście nie muszę umywać rąk ani też pod natryskiem po mydło się schylać więc wielkich tragedii nie ma, co nie oznacza, że nie ma tragedii małych. Taki na przykład brak mydła, czy też utrata bierzącości w wodzie w środku kąpieli. Albo niemalże cudowna przemiana wody ciepłej idealnie, w lodem płynącą w naj-mnie-j oczekiwanym momencie, doprowadzająca do khatarsis postawionego na głowie.

Pytanie należy postawić czy lepsze jest mydło sodowe czy magnezowe? Oczywiście znamy podstawową różnicę :) Ja chyba wolę to sodowe :>

Mała zagadka :P Jak nazywamy potocznie mydło wapniowe? A jak glinowe?

Niezła metafora mydło-życie conie? :P

"Nie ufać myślicielom, których umysły wprawia w ruch dopiero cytat."
Emil Cioran

Rey

niedziela, 6 lipca 2008

"Czkawka kurwa" by B

Ej jakieś 27kilo trzeba zrobić co by się tu dostać :>
Bo jestem obecnie na fest zadupiaszczym końcu świata. Zowie się on Brynek - nie wiedzieć czemu.
Siedzę se u bozi (update`nięta ksywa Boża) i se piszę do was :]

Życzcie mi szczęścia bo będę teraz wracał taką

"Bozi kurwa, ja to taka bozia jestem..." - by B

dość dużą drogą (trasa na Poznań) bo wyładowała mi się nawigacja która tu mnie zaprowadziła. Zaprowadziła mnie nieźle porąbanymi drogami przez lasy i wiochy fest ale fajnie się jechało :D

Dobra kończę bo bozia mi się nudzi :>

Nie jeszcze potrzebuję cytatu jakiegoś może coś dostarczysz bozia:D TAAAAAAAAKKKKKKK

"Jo sie nie potrzebuja"
Baj B

"Ale ty, kurwa, jo sie nie nudza powiedziałach"
Baj B

Rey i po trochu Bożo jak widać :>

sobota, 5 lipca 2008

Spiskowe teorie rejów

Jest ich kilka. Nikt nie wie ile. Cały czas powstają nowe. Są tajne, nie jawne, nie wiadomo ile w nich prawdy. Dziś poznacie jedną z nich.

Być może narażam swoje życie. Nie daj Boże wasze.

Threat Matrix czyli Raport zagrożenia. Wszystko wskazywało by na zwykły amerykański serial sensacyjny oparty o fakty i historię współczesnej ameryki. Dziś miałem okazję obejrzeć większą część odcinka. Pewnie niektórzy teraz zaczną huczeć, że jak mogę się wypowiadać o serialu skoro nie widziałem nawet jednego całego odcinka. To mój post. Nie zapominajcie o tym :D

Nie wiem dokładnie o czym mówi cały serial ale po dzisiejszym odcinku z dużym prawdopodobieństwem mogę powiedzieć, że kolejna opowiastka o heroicznej walce z terroryzmem w stanach. Wszystko gra? Nie gra. Pokazywali guantanamo a właściwie to jak ten obóz działa/ma działać. (Jak jest w rzeczywistości? Tego nie wiem bo nie znam fachowych publikacji opieram się tylko na szczątkowych informacjach z prasy i serialu). Ale to moja rzeczywistość teorii spiskowych. Nie musi być żetelna. Ważne, że jest teorią spiskową, dziejów - pozowolę sobie przypomnieć.

Pokazywali jak przesłuchują więźniów, i że mogą ich torturować bo to nei jest obóz jeńców wojennych więc nie obowiązują ich konwencje genewskie. Jak elegancko to omineli prawda? W każdym razie, długotrwałe pozbawianie snu, wywoływanie ekstremalnego stresu, wielodniowe przesłuchania, brak jedzenia, podawanie jedzenia z alergenami, opuźnianie pomocy lekarskiej. Mało? Wydaje mi się, że to nic w porównaniu z tym co tak naprawdę się tam dzieje. Pokazywali krótkie "filmiki" z cel więźniów (oczywiście nakręcone na potrzeby serialu) gdzie więźniowie w klatkach z kapturami na głowie ze stresu bili głowami o ziemię i robili inne niezbyt ciekawe rzeczy.

Na razie jestem albo za młody albo za głupi albo za mądry, żeby to zrozumieć.

Gdzie tu spiskowa teoria dziejów?

W serialu finalnie takie metody zostały uznane za dopuszczalne, nie naganne, odpowiednie, słuszne? Na początku ktoś był oskarżony o znęcanie się nad więźniem i doporwadzenie go do śmierci (zawał spowodowany ekstremalnym stresem). To ma na celu ogłupienie amerykańskiego (i nie tylko) społeczeństwa? Pokazanie, że jeżeli jesteśmy w niebezpieczeństwie to tak trzeba? Takie pranie mózgu, oficjalnie, na oczach całego świata a przede wszystkim dzieci (serial leci o 17)
Co jeszcze można zgrabnie przemycić i uczłowieczyć w massmediach? Sprawic, że zacznie być postrzegane jako dopuszczalne-> w zasadzie odpowiednie -> słuszne -> tak trzeba!

Dobra koniec poważania :] Czyli rozważania tematów poważnych.

Lubię strasznie pomagać ludziom :P Byłem dziś skosić kawałek trawy przed działką sąsiadce bo wysiadła jej kosiarka i kurdę taki drobiazg conie? A tak fajnie było jak skosiłem i się tak szczerze cieszyłą i śmiała :D.
Chyba cieszyłem się z tego bardziej, niż ona :P

Właściwie przed chwilą miałęm cytat. Po chwili trochę go straciłęm, bo ktoś zauważył, rzecz której ja nie dostrzegłem. Ja skupiłęm się nad formą a ktoś nad treścią. Niezwykle trafna uwaga. Mimo wszystko pozwolę sobię. I bardzo dziękuję osobie która wie :) Za cytat, uświadomienie kilku rzeczy i tego co tak na prawdę tkwi w cytacie :>

"Każdy powinien znać taką prawdę jaką jest w stanie znieść"

Niestety ani ja ani moja rozmówczyni nie znamy autora tych słów. Pytałem gogla - też nie wie.

PS
Znasz autora? Napisz

Rey

wtorek, 1 lipca 2008

Dzień wakacji, pierwszy :D

To jest właśnie dziś dzień. A właściwie patrząc na godzinę należy powiedzieć, że to był wczoraj dzień.

Kurdę cieszę się fest, że zaliczyłem te organy:P Oczywiście należy tu zwrócić uwagę na słowo zaliczyłem. Zaliczyłem ma tu fundamentalne znaczenie bo zaliczyć nie znaczy zdać. Zaliczyć to można... wiele rzeczy :P Co innego zdać.

Co to więc znaczy, że zaliczyłem organy a nie zdałem? To znaczy, że zaliczyłem zaległe kolosy a egzamin mnie jeszcze czeka... We wrześniu najprawdopodobniej, taki prezent na urodziny. To miłe ze strony profesora prawda?

Dziś nie obyło się bez przygód z tym zaliczaniem :D Ja jak zwykle coś tam umiałem ale nie tyle ile bym umieć chciał i oczywiście miałem wrażenie, że nic nie umiem. Opowiem wam nieco o tym szczególnym zaliczeniu.

Pisaliśmy na sali wykładowej (największej na naszym wydziale) Zwykle piszemy tam egzaminy więc mieści się sporo luda z 70 osób ze srogimi odstępami między osobami a normalnie sala jest tak na +150 lekko. Nas było uwaga - osiemnastu. Całkiem sporo nieprawdaż? Profesor też tak uznał i dlatego podzielił nas na 2 tury. W dodatku rozsadził nas po całej sali - nie tylko w miejscach do tego zwykle przeznaczonych ale pod oknem, pod tablicą, przy drzwiach. Odległości między nami można było liczyć w latach świetlnych. Jak by tego było mało były 3 grupy zadań. I tak to się właśnie odbywało.

Na szczęście moje obawy odnośnie mojej wiedzy minęły się gdzieś z pytaniami które dostałem więc nie było tak źle. Jednego heterocykla ominąłem, bo mi się nie podobał a resztę napisałem. Nie żebym miał coś przeciwko hetero. Absolutnie! . Kiedy tak pisałem i już nie miałem czego pisać profesor zainteresował się tym co tam wypociłem, obejrzał i zaproponował, co bym udał się za jego osobą. Tak też uczyniłem. Znaleźliśmy się w jego gabinecie gdzie przykazał mi spocząć i kontynuować pracę. Trochę zbity z tropu coś tam sobie jeszcze dopisałem, posprawdzałem, podpisałem wszystkie produkty a w międzyczasie prof wrócił do "peletonu" i przysłał pilnowaczkę. Pilnowaczka na pytanie "Czy pytanie - Czy to jest pirazol? Nie wchodzi w grę?" Z niepohamowaną radością wyrażoną szczerym śmiechem odpowiedziała - "Nie" Gdy radą innego profesora dookreśliłem, stawiając: "Nie, nie jest? Czy nie, nie wchodzi?"
Odparła "Nie, nie wchodzi". Szkoda, że nie weszło prawda? No ale przecież mówi się: "Trudno, krw"

Powrót króla, kiedy nastąpił przyniósł radość w całym śródziemiu:> a największą mi :D Okazało się, że czas i wysiłki włożone w opanowanie niewątpliwie trudnej sztuki ogranistycznej się opłacił:> (może zatrudnię się jako organista w kościele :D) Poza heterocyklem porfesor nie miał żadnych obiekcji :) Cieszy mnie to niezmiernie i na razie staram się nie myśleć o tym, że to był przedsmak tego co trzeba będzie zrobić żeby zdać. Mam nadzieję, że posmak będzie niewymownie zajebiście słodki.


Pierwszy dzień wakacji trzeba było jakoś łądnie wykorzystać więc uskuteczniłęm sobie wyjście na którym dowiedziałem się, że puki ktoś mi nie powie, że powinienem się bać to się nie boje. Przedziwne uczucie. Zaprawde powiadam wam, nie bałem się dopuki nie zostałem uświadomiony, że sytuacja właściwie wymaga strachu - lol.
Ciekawa rzecz.

"Bijąc się z myślami, zwykle nie czujemy smaku zwycięstwa."
Lidia Jasińska
Bardzo trafna myśl. Ta Jasińska to łeb na karku ma.


"Usta słodkie, humor kwaśny, mina słona
- oto w trzech smakach cała ona."
Jan Izydor Sztaudynger

Rey