wtorek, 30 grudnia 2008

Diabelska baba w śnieżnym niebie

Zgodnie z pewną koncepcją przedstawioną przez uczestnika tej wyprawy, powinienem nic nie pisać. Przynajmniej nie pisać o tym jak było ładnie i dlaczego. Nie mogę wam jednak poczynić takiego zła :] Nie pozwala mi na to moje dobrodziejstwo :)
(Zgłębianie owej koncepcji jest niewskazane na zbyt późną porę jaką wykorzystuję do pisania. Samo zagadnienie jest jednak warte uwagi :P)

Diabli nadali ją Babie. Całe w tym nasze szczęście, bo baba ta ją dobrze wykorzystała. Jeżeli Baba ta jest w humorze, to wdzięki jej nie znają granic. (co kiedyś udowodniłem :P - może ktoś skojarzy, mój jak zwykle daleki, skojarzeniowy tok myślenia). W zeszłą niedzielę mieliśmy to szczęście i dała się oglądać w niezwykłej jak na nią aurze. Była okryta, ale to też jak wiadomo bardzo jest pociągające.
Ukrywała się w bieli a nade sobą wielki różnobłękit miała.


Tymże razem nie było w niej Dziablakości ale sama Babiość. Zwarty dream-górski-team wyruszył na spotkanie z Babią Górą z wielkimi nadziejami. Posilał się myślą którą obiecywał ICM - że akurat przez ten jeden dzień, w tych konkretnych godzinach będzie bezchmurnie i wiać nie będzie. Nadzieje te spełniły się, a obietnice znalazły pokrycie.


Wyruszyliśmy w blasku słońca i bezchmurnym niebem. Szlak wiódł początkowo lasem co jakiś tylko czas przepuszczając kilka promieni słońca. To nam nie przeszkadzało bo las oferował inne atrakcyjne bodźce wzrokowe.


Wszystko pokryte śniegiem, większość szczelnie i o dziwo trwale. Dziw brał się stąd, że potrącenie gałązki iglaka nie skutkowało natychmiastową burzą śnieżną... Zmarzły był on ten śnieg.
Sokoły są piękne. Stąd zapewne Sokolica piękna jest również. Ona przywitała nas przestrzenią, bajecznymi widokami.


Dalej drzew już coraz było mniej. Ostały się kosodrzewiny po których przyszło nam teraz chodzić. Tak wiem, że są chronione ale stały na naszej drodze! No dobra :P były po prostu pod śniegiem :> Więc stąpaliśmy de facto po nich.
Później było już tylko lepiej, niesamowite formy śnieżne ustanowione przez wiatr a na szkielecie drzew i wszelkich innych obiektów wystających. Powstałe lasy i zgromadzenia przedziwnych istot śniegowych które obserwowały nas podczas "wspinaczki". Na szczęście armia ta nas nie zaatakowała i pozwoliła zdobyć Diablaka. I tak spotkaliśmy wiedźmę która chyba nie zdążyła wrócić z sabatu... Może zepsuła się miotła :]

Nawet Tatry na nas patrzały. Miałem wrażenie, że z zazdrością.
Szczyt był oczywiście okupowany :) Ale i nam udało się znaleźć kawałek nieba dla siebie. Początkowo chcieliśmy zostać do zachodu słońca :] Po chwili oczekiwania okazało się, że mogło by to być doświadczenie zabójczo piękne :D Dlatego zachowując w pamięci ile się tylko dało poczęliśmy schodzić.

Każda kolejna wyprawa przebija poprzednią :) Oby tak dalej... W końcu zazdrosne Tatry czekają.

To ja wam jeszcze pokażę co mi się udało trochę. Naprawdę się staram... co by być skromniejszym:P

Za kratkami.
Hodowla.
Suchy lód.
Spłonęła śniegiem.


"Mieszkam z obcym aparatem pod jednym dachem"


Fotogaleria.

Rey

piątek, 26 grudnia 2008

retro spec TYw

Turbacz się nazywa, góra zdobyta, zimowo, przez nas. Pierwsza to była eskapada ma zimową porą. Czas wcześniejszy nie był widocznie dobrym czasem ale złym czasem, na wyjście takie. Nie do końca teraźniejszy czas, bo tak jak w tytule napisałem - retro - był dobrym czasem na takie wyjście więc dokonało się ono.


Nie fajnie się to zapewne czytało :D Dobrnąłeś nietani czytelniku dotąd aż, więc postaram się przekazać Ci dalszą część posta w nieco uprostszym języku.

Było więc tak. Wyśmienita ekipa himalaistów i wspinaczy wysokogórskich :D postanowiła wybrać się na niezły wspin na pagórki zwane Gorcami. Jednym z tych pagórków na który mieliśmy się wspinać był Turbacz. I tam też ostatecznie skończyliśmy, wbrew planom.


Wspin był udaną wyprawą. Pogoda była przecud, piękny śnieg przykrywał wszystko. Tak sobie szliśmy w tym pięknym śniegu i podziwialiśmy krajobrazy. W ogóle to był to dzień z tzw. obsuwą. Bo i komuś tam się zdarzyło zaspać troszkę, później kremówki papieskie które nie smakowały jakoś niebiańsko i tak się złożyło, że po dotarciu na Turbacz podjęliśmy ciężką decyzję o pozostaniu w Turbaczowym schronie. Trochę to było nie tak jak miało być ale wyjście na szlak w ciemnościach w niepewną pogodę i śnieg było troche ryzykowne. WYBOROWo :] postanowiliśmy więc pozostać w schornisku. Dzień następny też nie był tak udany jak zakładał plan A. Nie będę się o tym rozpisywał bo i po co?

Tak było, więc zostaliśmy.

W każdym razie było ekstrawagancko!

Pozdrawiam szalonych wspinaczy Justynę, Paukę, Krzysia i Przemka!
W ogóle to pocieszny jest ten nasz dream--górski-team :D I Cieszę się, że istnieje i myślę sobie, że trzeba go jakoś ochrzcić i nawet wiem kiedy :D


Cytując nie wiedzieć kogo za kimś:
"Niech martwią się cwaniacy, o naiwnych zatroszczy się Bóg"

Fotogaleria.

P.S.
Ja to mam jednak pamięć! Znów mi się w ostatniej chwili przypomniało :D retro w tytule jest dlatego, że wyprawa miała miejsce 20 i 21 grudnia roku 2008. :P A jak przyjechałem to miałem lenia i nie chciało mi się pisać o niej :P

P.S.2.
Bo cytat jest dla mnie o mnie :] Która część jest o mnie zapewne się domyślicie :D NG na pewno się domyśli (lol2)

środa, 24 grudnia 2008

Radosnych Świąt

No bo nie napiszę przecież wesołych, bo to takie oklepane jest. :D Należało by mi oczywiście złożyć w tym miejscu szerokie i szczere życzenia z okazji świąt. Skupmy się jednak na "szczere" :)

Chciałbym Wam, drodzy czytelnicy życzyć świąt tak wesołych jak i radosnych. Rodzinnej ciepłej atmosfery. Magicznego klimatu pod choinką. Ogromnych ilości stale dopisującego zdrowia. Co by się marzenia spełniły a święta były spokojne i wypoczynkowe.
Cieszcie się i radujcie w sylwestra i przez nadchodzący rok dwatysiącedziewiąty.

Pozdro od Rey`a :)

PS.
Kobitkom :*
Pozostałym :D

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Bali się śnić

I to dosłownie. Ale od początku.

Śnić każy może jedni lepiej jedni gorzej.



To teraz dlaczego nikt się nie bał ale śnił. Więc jest taka organizacja która nazywa się IPSF czyli International Pharmaceutical Students' Federation. I ta organizacja rokrocznie organizuje kongresy. Nie dowiedziałem się jeszcze dokładnie co tam się dokładnie dzieje i jaki to ma cel. Nie to jest jednak najważniejsze. Najważniejsze jest miejsce w którym się przyszłoroczny kongres odbywać będzie. O tym miejscu można śnić. Nazywa się ono Bali. Tak, tak chodzi o indonezyjską wyspę Bali. Kongres kosztuje z tego co słyszałem 200 Euro. Znaczy sam koszt udziału... Innym problemem jest koszt dostania się na Bali. Jako że jest to wyspa można się na nią dostać drogą wodną lub powietrzną. O drodze wodnej z Polski nie słyszałem. Słyszałem natomiast o drodze powietrznej. Samolot na sierpień zamawiany dziś kosztował by mnie ok 4300zł. Dużo. Dla mnie bardzo dużo. Co z tym zrobić? Można nie jechać. Ale czy taka okazja jeszcze się powtórzy? Kongres ma podobno trwać 11 dni. Skoro jest międznarodowy i w ogóle taki duży itd to pewnie będzie w jakimś hotelu bądź nawet hotelach. Jedzenie i spanie będzie pewnie zapewnione. Podobno uczenia jest wstanie dofinansować kongres i opłacić jego koszt, ale za bilet na Bali już zapłacić nie chcą. Dlatego potrzebuję 4300zł na bilet na Bali. Jeżeli ktoś by chciał mnie wspomóc finansowo to proszę napisać w komentarzu imejl, odezwę się na pewno! :D


Myślę o tym do tego stopnia, że zamierzam jakiś kredyt wziąć czy pożyczkę czy nawet do pracy jakiejś iść. Niemniej jednak kasa jest spora więc mile widziane są darowizny (lol).

Przepotężnie wkurzyłem się dziś na moją uczelnie... Precyzując chodzi o katedrę TPL. To doprawdy niezwykła uczelnia. Naukowcy mają prawo do różnicy zdań na rozliczne problemy naukowe które stanowią pole ich zainteresowania, ale to co dzieje się tu przechodzi ludzkie pojęcia. Chyba każdy pracownik ma inne zdanie problemy podstawowe. To jedna sprawa. Druga sprawa to przedziwne zwyczaje praktykowane w tym magicznym miejscu. Wymienię kilka najciekawszych. Ksero 50gr za jedną stronę A4, jedną 'blady kurczak' stronę. Należy tu wykonywać recepty do użytku wewnętrznego w moździerzach bez wylewki nawet jeżeli robimy postać płynną. Pomijamy fakt, że wylanie tak przygotowanej mieszaniny z moździerza bez wylewki jest FEST trudne bez rozlewania przy okazji połowy leku. Podobno chodzi o to aby oddzielić moździerze do leków stosowanych zewnętrznie i wewnętrznie - co by nie przenosić jakichś zanieczyszczeń z leków stosowanych zew. do stosowania wewnętrznego. Zbita bagietka kosztuje 2 zł podczas gdy rzeczywisty koszt zakupu takiego utensylia wynosi ok 20gr... przy zakupie hurtowym będzie to pewnie jeszcze dużo mniejsza kwota. Człowiek na ćwiczeniach choć wykonuje daną postać leku po raz pierwszy musi wiedzieć wszystko, bo nie może się zapytać prowadzącego ćw. bo prowadzący sobie gdzieś poszedł i przychwycić go jest trudno.
Teraz najlepsze. Uczą nas, że postać kropli jest postacią bardzo wdzięczną gdyż bardzo dokładką pomimo to, że pacjent dawkuje ją sobie sam. Jest bardzo dokładna więc trzeba krople wykonywać bardzo dokładnie, unikać wszelkich strat i dlatego można stosować substancje bardzo silnie działające i narkotyczne czyli wykazy A i N. Krople są bardzo dokładną miarą bo kropla wielkość ma jednakową a co za tym idzie i objętość i zawartość substancji itd itd. Można więc stosować różne substancje, różne rozpuszczalniki i w prosty sposób przeliczyć ile w kropli tej substancji mamy. Co jest niezwykle ważne aby kropla miała jedną wielkość musi być odmierzana z przyrządu znormalizowanego. Taki "przyrząd" istnieje i nazywa się "kroplomierz znormalizowany". Odmierzając kroplę tego samego roztworu 2 różnymi ale kroplomierzami znormalizowanymi odmierzymy taką samą ilość substancji. I teraz puenta! Kiedy dostaniecie lek recepturowy w kropelkach to w aptece dadzą wam buteleczkę z jakimś kroplomierzem ale nie będzie to "kroplomierz znormalizowany" Więc czar precyzyjnie obliczonej przez farmaceutę dawki, skrzętnie wykonanej recepty i wdzięcznej postaci kropli rozbija się o wydanie nie takiego kroplomierza jak potrzeba. Czyli taką dawkę można sobie wsadzić a nie odmierzyć...

Ja się zastanowię jak dostanę kropelki z atropiną.


"Biały miś"
NG

Rey

wtorek, 9 grudnia 2008

i na MAX a

Taki to maksymalny dzień właśnie przeżywam. Maksymalne dawki dziś liczyłem i maksymalne wrażenia wzrokowe przeżywałem. Poprawiałem sobie dziś TPL`a dostałem fest prostą receptę Papawerynke i Fenobarbital, proszek, dla dziecka w razie bólu. Lekka i przyjemna ona była. Dlatego jestem przekonany, że zdałem. Co okaże się dopiero we wrześniu...

Co do tych wrażeń :> Maksymalne wrażenia dla chopa? Pewnie kobita conie? ;)

To wróćmy do tych wrażeń :D No więc byłęm dziś, zobaczyłem, zwyciężyłem w AJMAKSIE.

Oglądałem Mikołaj kontra bałwanek. Film jest z 2003 roku ale niech was jego niepozorny wiek nie zwiedzie.
Pierwszy to był raz mój w IMAX`ie i jestem pod dużym wrażeniem. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że zobaczę jakieś rewelacje, ale gruuuuubbo się myliłem... 3D o którym mowa jest na prawdę tak 3d, że nie wiem czy może być bardziej realne (jak na film).
Człowiek prosty taki jak ja ma wrażenie, że zaraz dotknie go to co się dzieje na ekranie Właściwie nie wiem czy można tu mówić o ekranie, raczej o przestrzeni.


Sam film. Hm... niezbyt głęboki, prosta fabuła, luźny klimat, żarty i żarciki, śmiechy, hihy, hahy i gag czasem się zdarzy. Dlaczego właściwie to? Bo wygrałem ów bilet :P Nie wiedziałem o jaką stawkę idzie gra ale gdy przeczytałem informacje o filmie to się ucieszyłem. Podobno jest to jeden z najlepszych filmów IMAX jaki powstał. Zbierał doskonałe recenzje a jego frekfencja należy do najwyższych.
Polecam.

Idę się uczyć na chemię leków ;)




P.S.

Byłem niedawno na koncercie Comy :P Może napiszę conieco jak będę miał chwilę ;P

P.S.2.
No i oniemal zapomniałem. Powstał dziś oto ten gość. Cynamon się on nazywa bo taki to materiał z niego. Wybaczcie koszmarną jakość...

"Dzieło", materiał i narzędzie.

"Przez pracę - dzień krótszy; przez lenistwo - życie."
Władysław Grzeszczyk

Rey

piątek, 5 grudnia 2008

Pan Harper

"Pewnego dnia, kiedy poznacie wszystkie moje tajemnice, nie będziecie chcieli mnie już znać"
Tak rzekła NG.

Siedzę sobie z Madziorkiem u NG i uczymy się biochemii. Stąd też tytuł dzisiejszego posta. NG właśnie stara się nam coś powiedzieć, ale ją olewamy i trochę się tu wkurza. Właśnie mówi, że mówi czasem sama do siebie.

Wracając do tytułu. Wszyscy którzy mieli styczność z niezwykle interesującym problemem jakim jest biochemia musieli sięgnąć do: Robert K. Murray, Daryl K. Granner, Peter A. Mayes, Victor W. Rodwell
BIOCHEMIA HARPERA
Czyli po prostu "Harpera" Nic w tym dziwnego. Książka ta jest najpopularniejszym podręcznikiem akademickim do tego przedmiotu. Wszystko było by ok gdyby nie HARPER! Na prawdę, pomijam już fakt, że jest napisana niestrawnie a czasem zawile. Zdarzają się braki czy jakieś zbędne (w moim skromnym uznaniu) pierdoły. Więc co jest takiego daremnego w tym harperze?
Otóż kim jest Harper? Nie jest rzadnym z autorów, i nie ma o nim słowa w przedmowie czy wstępie.

Ej one się uczą a mi się już tak fest przestało chcieć pisać notkę a przed chwilą mi się chciało fest :P Dziś będzie taka niemądra notka :] ale chyba przeżyjecie.

"Kuuurwa maćć, uczę się!" :D
Heh

"OH po lewej to jest L, ja to nigdy nie mogę zapamiętać"

Dobra pouczę się też bo właśnei poszła plota, że jest taka możliwosć, że będziemy mieć zajęcia z Lodzią...

Cytatów już jest dość jak na jedną notkę.

P.S.
UWAGA KONKURS!
Stawiam piwo człekowi który powie mi dlaczego Biochemia Harpera nazywa się Harpera. Jeżeli Harper był osobą to kim był? Kiedy żył? i czym sobie zasłużył na to, że jest na okładce?

EDIT
UWAGA UWAGA KONKURS ROZSTRZYGNIĘTY
Zagadka rozwiązana została :>
Otóż w moim wydaniu Pana Harpera nie odnotowano w przedmowie, że Pan Harper był istotą posiadającą stopień dr gdzieś tam w stanach :> Był on jedynym autorem Harpera przez 6 jego wydań, a później redaktorem. Stąd właśnie Biochemia Harpera nazywa się Biochemią Harpera:]
Przeczytałem to w późniejszym wydaniu tejże pozycji. O istnieniu takiego wpisu poinformowała mnie Dorota więc to ona jest laureatką piwa :P
Jeżeli nie zapomnę i będzie mi się chciało przytoczę kiedyś cytat w którym jest bardziej składnie napisane o co kaman z tym Harperem.
Pozdro

Rey, cytaty dzięki uprzejmości NG :]

środa, 3 grudnia 2008

Amfoteryczny pierwiastek świata

Bo nie chciałem pisać, że nie jest szary bo jest czarno-biały bo już to by monotonne było.

Dziś mam niezwykły dylemat, czy być złym czy nie być. No bo jak tu nie być złoczyńcą jak człowiek miał iść na koncert Comy i nagle nie idzie a w dodatku akurat TEN koncert by był wyjątkowy bo byli by różne znajomki. Z drugiej strony nu płyta Comy jest powiedzmy... przeciętna. Nie czyni ona zła ale szału też nie robi.

Chemicznie jest dziś więc lećmy dalej z chemią.


Chemia leków dobroczyni. Co z tego? Skoro się człowiek na nią nie nauczy bo na chemię leków się uczy. Tak paradoksalnie poleciałem ale tak się właśnie zdarzyło. Na szczęście ten efekt zobojętniła pani dr. którą oczywiście serdecznie pozdrawiam! Zobojętniła, bo pozwoliła mi przyjść razem następnym co by nie zapisywać w moich aktach "trójacza":]. Pani dr. jest wielce miłosierną istotą, błędy oznaczenia wydają się przy niej mniejsze niż w istocie są. ;)

Farmakognozja hm... zastanawiam się, bo nic zuego się na niej nie stało, jeżeli pominąć ściąganie. Kurdę nie lubię ściągać chyba nawet bardziej niż uczyć się na pamięć o roślinkach. Mój poziom ściągania nie jest najwyższy ale chyba szybko zbijam expa w tym skilu bo udało mi się nie zostać przychwyconym na gorącym uczynku. Pamiętam kiedyś jak ściągałem pierwsze razy na botanice... W zasadzie dopiero botanika zmusiła mnie do podjęcia nauki na polu ściągania sztuki! (ha taki se rym mi wszedł w tym właśnie miejscu). Jak ja się wtedy stresowałem... Ręce się trzęsły, gorąco było, pocił się człowiek, tętno przewielkie. A teraz? Teraz to jest wyrafinowana zimna krew. Pełen spokój, ręka mi nie drgnęła. Opracowałem dosyć skuteczną technikę.

W zasadzie to jeżeli by mnie chwilkę poobserwować to od razu widać, że ściągam. No bo jak człowiek umie to pisze cały czas, tak? Nie pisze turami, co chwilę tylko uzupełniając jakieś braki akurat w momencie, kiedy czuje się bezpiecznie a wzrok pani dr. na nim nie spoczywa. To przecież doskonale widać. Ten sposób trudno wykryć bezpośrednio. Trzeba przyuważyć, że wzrok nie spoczywa w naturalnym miejscu na środku kartki ale nieznacznie powyżej niej. Jes to dużo trudniejsze do wykrycia niż patrzenie się na kolana, czy też w swoją drugą rękę. Obracanie i szukanie w ściągach harmonijkach jest wg. mnie dużo trudniejsze, o niebo bardziej widoczne i bardziej kłopotliwe.

Mimo to, że udało mi się ściągnąć nie jestem z tego dumny. Trochę mi wstyd ale przecież się nie przyznam... bo...? Bo nie wiem jak bym się tego wszystkiego miał nauczyć na pamięć. Wiem, wiem zobaczę na farmakologii... ale z całym szacunkiem dla gnozji, farmakologia jest o lata świetlne ważniejsza niż gnozja.

Dobra wypiłem kawę i idę się uczyć... Zaraz do dentysty : Fest mi sie nie chce ale to fest. No i czas mi pani dentystka zabierze nie wspominając o walucie.

P.S.
Mam fajny pomysł na zdjęcie z okna :P Warunkiem jest jednak ciemna noc bez mgły... Choć po ostatnich zdjęciach boli mnie gardło :>

A teraz zdradzę wam tajemnicę co jest tajemniczym amfoterycznym pierwiatkiem świata. Otóż oznaczenie jego Re...y. Reaguje z dobrymi i zuymi zdarzeniami. Amfoter jak nic!

Rey