Czyli jakby na weselu tak? Na szczęście nie weselu Wyspiańskiego. Wielki wieszcz polski nas nie zaprosił. Nasze wesele czyli wesołość nasza podarowana została nam przez chochoła, bo to u niego na polanie spaliśmy i od niego wyruszaliśmy po wesołość.
Polana chochołowska stała się naszym domem na jedną tylko noc czyli 2 dni. Znaczy to, że w zasięgu naszego rażenia znalazło się kilka z zachodniotatrzańskich szczytów a nawet Bahamy:].
Kto gościł na tym weselu? Zaproszono doborowe towarzystwo, o którym można powiedzieć, że stworzyli zgraną i zabawową ekspedycję. Każdy wnosił coś innego. Domeną jednych okazały się kabanosy, inni postawili na energetykę napoi, ktoś tam przytargał ze sobą całe państwo w butelce, odnalazł się również termostabilny liter a jeszcze inni byli.
W taki to sposób nie oparł się nam Grześ, Rakoń ani też Wołowiec. Nic oni nie mogli poradzić na naszą wolę walki z wiatrem, chmurami i ciemnością.
Grzesiek stanął sobie w przeciągu i ostro łoił nas wiatrem. Ale my nie odpuszczamy tak łatwo. Jakiś tam halny nie jest dla nas przeciwnikiem. Konia o imieniu Ra właściwie nie zauważyliśmy :] Za to złowrogo wyglądająca Wołowina spowita gęstą chmurą pokazała nam, że nie jest taka zła gdy się na niej po prostu postanie. Od razu się rozchmurza chłopina.
Natomiast zielony szlak powrotny okazał się prowadzić na ciemną stronę mocy więc należało nam wyciągnąć miecze świetlne potocznie zwane również latarkami. Tak to w ciemności ekspedycja zakończyła spotkanie na szczytach.
Chochoł zaprosił kupę weselników na szczęście jego przestronny Schron miał apartamenty nazywające się "glebą". tak więc wraz z kilkudziesięcioma innymi weselnikami zaliczyliśmy glebę tej nocy. Co poprzedziliśmy bezpośrednią łącznością z zamorskim sąsiadem jakim jest Finlandia, z której pochodzi wyborne mango.
Dzień drugi miał błyszczeć w założeniu. Zakład jednak przegraliśmy my i nie błyszczeliśmy. Za to poszliśmy do starej roboty. Najwyżej położony w tym rejonie skrawek ziemi stał przed nami i tam mieliśmy dziś pracować. Doliną Starorobociańską udaliśmy się w podróż która wydała obfity owoc w postaci wiaterów, chmurni, ale i słodyczą widoków i spacerowego pokonania czysto końskiego Kończystego wierchu i zaliczenia trzeciego dnia na Trzydniowiańskim wierchu.
Tym razem w dół schodziliśmy czerwonym szlakiem który okazał się nie prowadzić na ciemną stronę ścierzki.
Wypadzik bardzo udany, wiele wspomnień i planów na przyszłość :) Gorąco polecam.
Specjalne pozdrowienia dla Justyny, Pauliny, Krzysia i Skały :>
Zdjęcia
A teraz zupełnie z innej strony. Skoro już zacząłem długi weekend to musiałem go doprowadzić do końca. Czyli trzeba było udać się na jakieś mandarynki sponsorowane przez jednego z królów Polski. Sponsor wywiązał się z pokładanych w nim nadzieji.
Fest udana impreza w TG na szczególną uwagę zasługuje tu część yazzowa która wyszła prześwietnie. Spotkanie znajomków i nowych nieznajomków, fajne bansy i w ogóle.
No i w końcu udało mi się zobaczyć z już posiadaczem już szczęśliwym arafatki która długo musiała czekać na ten zaszczyt :D

Polana chochołowska stała się naszym domem na jedną tylko noc czyli 2 dni. Znaczy to, że w zasięgu naszego rażenia znalazło się kilka z zachodniotatrzańskich szczytów a nawet Bahamy:].
Kto gościł na tym weselu? Zaproszono doborowe towarzystwo, o którym można powiedzieć, że stworzyli zgraną i zabawową ekspedycję. Każdy wnosił coś innego. Domeną jednych okazały się kabanosy, inni postawili na energetykę napoi, ktoś tam przytargał ze sobą całe państwo w butelce, odnalazł się również termostabilny liter a jeszcze inni byli.
W taki to sposób nie oparł się nam Grześ, Rakoń ani też Wołowiec. Nic oni nie mogli poradzić na naszą wolę walki z wiatrem, chmurami i ciemnością.
Grzesiek stanął sobie w przeciągu i ostro łoił nas wiatrem. Ale my nie odpuszczamy tak łatwo. Jakiś tam halny nie jest dla nas przeciwnikiem. Konia o imieniu Ra właściwie nie zauważyliśmy :] Za to złowrogo wyglądająca Wołowina spowita gęstą chmurą pokazała nam, że nie jest taka zła gdy się na niej po prostu postanie. Od razu się rozchmurza chłopina.
Natomiast zielony szlak powrotny okazał się prowadzić na ciemną stronę mocy więc należało nam wyciągnąć miecze świetlne potocznie zwane również latarkami. Tak to w ciemności ekspedycja zakończyła spotkanie na szczytach.
Chochoł zaprosił kupę weselników na szczęście jego przestronny Schron miał apartamenty nazywające się "glebą". tak więc wraz z kilkudziesięcioma innymi weselnikami zaliczyliśmy glebę tej nocy. Co poprzedziliśmy bezpośrednią łącznością z zamorskim sąsiadem jakim jest Finlandia, z której pochodzi wyborne mango.
Dzień drugi miał błyszczeć w założeniu. Zakład jednak przegraliśmy my i nie błyszczeliśmy. Za to poszliśmy do starej roboty. Najwyżej położony w tym rejonie skrawek ziemi stał przed nami i tam mieliśmy dziś pracować. Doliną Starorobociańską udaliśmy się w podróż która wydała obfity owoc w postaci wiaterów, chmurni, ale i słodyczą widoków i spacerowego pokonania czysto końskiego Kończystego wierchu i zaliczenia trzeciego dnia na Trzydniowiańskim wierchu.
Tym razem w dół schodziliśmy czerwonym szlakiem który okazał się nie prowadzić na ciemną stronę ścierzki.
Wypadzik bardzo udany, wiele wspomnień i planów na przyszłość :) Gorąco polecam.
Specjalne pozdrowienia dla Justyny, Pauliny, Krzysia i Skały :>
Zdjęcia
A teraz zupełnie z innej strony. Skoro już zacząłem długi weekend to musiałem go doprowadzić do końca. Czyli trzeba było udać się na jakieś mandarynki sponsorowane przez jednego z królów Polski. Sponsor wywiązał się z pokładanych w nim nadzieji.
Fest udana impreza w TG na szczególną uwagę zasługuje tu część yazzowa która wyszła prześwietnie. Spotkanie znajomków i nowych nieznajomków, fajne bansy i w ogóle.
No i w końcu udało mi się zobaczyć z już posiadaczem już szczęśliwym arafatki która długo musiała czekać na ten zaszczyt :D

"Wolność jest jak powietrze na szczycie góry. I jedno, i drugie - nie do zniesienia dla słabych."Rey
Ryūnosuke Akutagawa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz