(Zgłębianie owej koncepcji jest niewskazane na zbyt późną porę jaką wykorzystuję do pisania. Samo zagadnienie jest jednak warte uwagi :P)
Diabli nadali ją Babie. Całe w tym nasze szczęście, bo baba ta ją dobrze wykorzystała. Jeżeli Baba ta jest w humorze, to wdzięki jej nie znają granic. (co kiedyś udowodniłem :P - może ktoś skojarzy, mój jak zwykle daleki, skojarzeniowy tok myślenia). W zeszłą niedzielę mieliśmy to szczęście i dała się oglądać w niezwykłej jak na nią aurze. Była okryta, ale to też jak wiadomo bardzo jest pociągające.
Ukrywała się w bieli a nade sobą wielki różnobłękit miała.
Tymże razem nie było w niej Dziablakości ale sama Babiość. Zwarty dream-górski-team wyruszył na spotkanie z Babią Górą z wielkimi nadziejami. Posilał się myślą którą obiecywał ICM - że akurat przez ten jeden dzień, w tych konkretnych godzinach będzie bezchmurnie i wiać nie będzie. Nadzieje te spełniły się, a obietnice znalazły pokrycie.
Wyruszyliśmy w blasku słońca i bezchmurnym niebem. Szlak wiódł początkowo lasem co jakiś tylko czas przepuszczając kilka promieni słońca. To nam nie przeszkadzało bo las oferował inne atrakcyjne bodźce wzrokowe.
Wszystko pokryte śniegiem, większość szczelnie i o dziwo trwale. Dziw brał się stąd, że potrącenie gałązki iglaka nie skutkowało natychmiastową burzą śnieżną... Zmarzły był on ten śnieg.
Sokoły są piękne. Stąd zapewne Sokolica piękna jest również. Ona przywitała nas przestrzenią, bajecznymi widokami.
Dalej drzew już coraz było mniej. Ostały się kosodrzewiny po których przyszło nam teraz chodzić. Tak wiem, że są chronione ale stały na naszej drodze! No dobra :P były po prostu pod śniegiem :> Więc stąpaliśmy de facto po nich.
Później było już tylko lepiej, niesamowite formy śnieżne ustanowione przez wiatr a na szkielecie drzew i wszelkich innych obiektów wystających. Powstałe lasy i zgromadzenia przedziwnych istot śniegowych które obserwowały nas podczas "wspinaczki". Na szczęście armia ta nas nie zaatakowała i pozwoliła zdobyć Diablaka. I tak spotkaliśmy wiedźmę która chyba nie zdążyła wrócić z sabatu... Może zepsuła się miotła :]
Szczyt był oczywiście okupowany :) Ale i nam udało się znaleźć kawałek nieba dla siebie. Początkowo chcieliśmy zostać do zachodu słońca :] Po chwili oczekiwania okazało się, że mogło by to być doświadczenie zabójczo piękne :D Dlatego zachowując w pamięci ile się tylko dało poczęliśmy schodzić.
Każda kolejna wyprawa przebija poprzednią :) Oby tak dalej... W końcu zazdrosne Tatry czekają.
To ja wam jeszcze pokażę co mi się udało trochę. Naprawdę się staram... co by być skromniejszym:P
"Mieszkam z obcym aparatem pod jednym dachem"
Fotogaleria.
Rey
3 komentarze:
Piękniaste fotki. "Za kratkami" i "spłonęła śniegiem" - obłędne. W ogóle jedna z Twoich (naj)lepszych notek:>
Odrabiając nieskromność która była w poście muszę powiedzieć: Dziękuję, ale zdjęcia me w cale nie są takie dobre a już na pewno nie lepsze niż twoje prace :)
Dzięki! i pozdrawiam
Właściwie to nie muszę, a chcę tak powiedzieć bo tak jest jak powiedziałem!
Prześlij komentarz